Historia toruńskiej starówki oczami dziecka lat 90.

Zanim toruńska starówka została odrestaurowana, życie tutaj biegło w innym rytmie.... (fot. Adam Zakrzewski)

Nie znali komputerów, za to od podszewki swoje otoczenie. Zajrzeli w każdy zakamarek, skrót, kryjówkę labiryntu dawnego Starego Miasta. Historia dzieciństwa Arka Balewskiego to opowieść o pierwszej miłości, piciu piwa za plecami rodziców, ucieczkach przed starszymi wyłudzającymi pieniądze oraz policją, gdy coś przeskrobał zabijając nudę.

Mury Zamku Krzyżackiego nie były wtedy jeszcze atrakcją turystyczną. Wbrew zasadom, unikając stróża, całą chmarą bawili się na nich w berka. Przeskakiwali z murka na murek, wspinali się po ścianach, ślizgali po poręczach, aż któregoś dnia Zosia spadła z kilkunastu metrów łamiąc sobie nogi.

– Byłem wtedy mały – wspomina 33-letni dziś Arek Balewski. – My młodsi, uciekliśmy w popłochu, na szczęście starsi zostali. Po tym zdarzeniu nastąpił absolutny zakaz wstępu na zamek, a to było nasze ulubione miejsce zabaw.

Jego pierwszym domem było mieszkanie na najwyższym piętrze kamienicy przy ul. Mostowej 23. To z niego pierwszy raz widział jak policjant postrzelił złodzieja, jego kumpla.

– Usłyszałem krzyk gliniarza: stój, bo strzelam, a potem huk pistoletu – opowiada mężczyzna, a w jego oczach widać to samo przejęcie sprzed lat. – Kolega ukradł radio z BMW. Na wysokości lewej łopatki miał ślady krwi.

Całą podstawówkę, jeszcze wtedy 8-letnią, uczęszczał do SP nr 1 na starówce. Po szkole razem z rówieśnikami latał pod i nad ulicami. W latach 90. dostęp do dachów kamienic był prosty. Choć dachówki uciekały im spod nóg, dotknęli każdego komina ulic: Mostowej i Franciszkańskiej. Innym razem od strony Fosy Zamkowej wchodzili w kanały, które przemierzali aż do Mostu Paulińskiego.

– Gdy wychodziliśmy na zewnątrz narażaliśmy się na manto od starszaków – tłumaczy Arek Balewski. – Nie raz mnie okradli. Trzymali za kołnierz, wychylając nad studnią na zamku. Następnego dnia wchodziło się do szkoły od drugiej strony. To były ciężkie momenty, których miałem dość.

Osłodę przynosiły lody od Lenkiewicza kosztujące wtedy jedynie 40 groszy za gałkę. Z wiekiem relaksowali się przy piwie w piwnicach… Odpalali pierwsze papierosy, nieraz jointy. Wszystko oczywiście w tajemnicy przed rodzicami.

– Było takie miejsce na Nowym Rynku, gdzie mieszkali najgorsi menele – wspomina mężczyzna. – Całą kamienicę wypełniali ćpuny i zboczeńce. Tych miejsc unikaliśmy, ale gdy któryś zapomniał się i poszedł do toalet przy kościele św. Jakuba wychodził bez ubrania, z penisem namalowanym na czole.

Ulice były zaniedbane. Śmieci walały się po chodnikach. Brakowało restauracji, sklepów, dyskotek. Jeden z niewielu klubów, Trzy Kolory, był dla dorosłych. Wieczorami policja spisywała każdego.

W bramie obok swojego domu dzień po komunii świętej został okradziony z sprezentowanego zegarka. Mimo to nie unikali mrocznych przejść na przełaj przez kamienice ulic: Panny Marii, Podmurnej, bo pozwalały omijać patrole.

W 1993 roku w wieku 9 lat z okna swojego pokoju Arek zobaczył jak dwa przęsła toruńskiego mostku kolejowego stanęły w ogniu. Dla małego szkraba był to emocjonujący widok, choć w życiu dziecka wychowującego się na toruńskiej starówce emocji nie brakowało każdego dnia.

– Codziennie była walka z silniejszymi – przyznaje 33-latek. – Gdy tylko skończyłem 18 lat spakowałem plecak i nie patrząc za siebie ruszyłem piechotą do rodziny w Silnie. Z drugiej strony nie żałuję życia na starówce. W końcu jakoś wyrosłem na ludzi – śmieje się.