500-lecie reformacji w Toruniu

Michał Prończuk jest pastorem Zboru Chrześcijan Baptystów z Torunia (fot. Łukasz Piecyk)

31 października 1517 r. Marcin Luter ogłosił w Wittenberdze swoje słynne 95 tez. Tak doszło w łonie Kościoła rzymskokatolickiego do rozłamu i powstania protestantyzmu. Właśnie mija od tamtego czasu okrągłe 500 lat. Rocznica jednego z największych w dziejach chrześcijaństwa pęknięć to znakomity moment do postawienia pytania o ewentualny powrót do jedności. Tyle że żadnego powrotu nie będzie. Przyznają to wszystkie zainteresowane strony. 

Rozłam, jaki dokonał się w Kościele przed pięcioma wiekami, jest już dziś nie do naprawienia. Porozumienie jest niemożliwe mimo najszczerszych chęci. Strony są zbyt nieprzejednane i zbyt nietolerancyjne. Przynajmniej jeśli idzie o kwestie teologiczne. 

– Możemy współpracować w obszarach społecznych, ale w teologicznych nie ma o tym mowy – mówi Michał Prończuk, pastor Zboru Chrześcijan Baptystów z Torunia. – Jedna i druga strona stoi twardo na swoich teologicznych stanowiskach. Któraś musiałaby ustąpić. Osobiście nie widzę takiej możliwości. 

Czy można zatem otwarcie powiedzieć, że protestanci, podobnie jak katolicy, są wysoce nietolerancyjni, jeśli idzie o doktrynę swojej wiary? 

– Tak to trzeba określić, jeśli chciałoby się być intelektualnie uczciwym – przyznaje pastor. – Jednak należałoby dodać, że to samo można powiedzieć o wszystkich innych wyznaniach. Jeśli zatem idzie o teologię, to owszem, w pewnych obszarach jesteśmy nietolerancyjni. Nie znaczy to oczywiście, że staramy się cokolwiek narzucać siłą. 

Reformacja wkroczyła do Torunia w roku 1520, a więc już trzy lata po wystąpieniu Lutra. Wprawdzie Zygmunt Stary zakazał rozpowszechniania w mieście pism reformacyjnych, ale nie zmieniło to faktu, że od samego początku współistnieli tu luteranie, ewangelicy reformowani, bracia czescy, kalwini, mennonici i wielu innych. Toruń, co było w wiekach XVI i XVII ewenementem na skalę europejską, stał się oazą tolerancji. 

Dziś wygląda to zgoła inaczej. Przynajmniej doktrynalnie. Wielowiekowe różnice są zbyt silnie zakorzenione w świadomości wiernych, by dało się je usunąć. 

– Jesteśmy drugim rzutem reformacji, bardziej radykalnym – podkreśla pastor Prończuk. – To, co przede wszystkim odróżnia nas od innych wyznań, to całkowita separacja kościoła od państwa. Ale na tym nie koniec. Uważamy, że wierzyć należy świadomie. Stąd nie chrzcimy dzieci. Wiara ma być samodzielnym wyborem, a nie decyzją podjętą za nas. Różni nas również to, że jedynym dla nas autorytetem jest Pismo Święte. Na tym budujemy doktrynę. Wykluczamy także hierarchię typu rzymskokatolickiego. Nie ma u nas pośredników. Każdy wierzący odpowiada sam przed Bogiem. To ty sam musisz dbać o relację z Panem. No i zbawienie, czyli pozbycie się skutku grzechu. Jest ono możliwe tylko za sprawą łaski przez wiarę. Jeśli całkowicie poddasz swoje życie Jezusowi w akcie oddania, masz gwarancję zbawienia. W kościele katolickim trzeba na to zapracować. Czy już choćby w świetle tych różnic porozumienie może być możliwe? 

A może jednak nie chodzi o porozumienie, ale w gruncie rzeczy o dobro? O bycie człowiekiem przyzwoitym? Może wiara jest sprawą drugorzędną? 

– Jeśli chodzi o skutki ziemskie, to jak najbardziej dobre uczynki mają znaczenie – mówi pastor. – To służy całemu społeczeństwu. Z kolei jeśli mówimy o skutkach wiecznych, to nie można zadośćuczynić Bogu za nasze winy i grzechy. Trzeba wierzyć i swoje życie oddać mu w całości. Jeśli się tego nie zrobi, to te uczynki nie mają znaczenia. Bóg oczekuje pełnego podporządkowania. Jeśli tego nie ma, uczynki nie są w stanie tego przeważyć. 

Czyli seryjny morderca może być zbawiony, o ile dokona aktu zaufania Bogu. Wszelkie wysiłki Matki Teresy, którymi pracowała na zbawienie, nie mają znaczenia. 

– Zbawienie nie jest sprawiedliwe – przyznaje pastor. – Nikt na to nie zasługuje. Bóg stawia tylko jeden, ale za to radykalny warunek: jeżeli chcesz być ze mną na wieczność, musisz być tak święty jak ja. Warunek nie do spełnienia. Szczerze? Nie znam nikogo takiego. 

To dość osobliwe podejście, przynajmniej z punktu widzenia katolicyzmu. Czy taki pogląd oznacza absolutne zamknięcie się w enklawie podobnych sobie? 

– Oczywiście, że nie – mówi pastor. – Pismo jest dla nas wprawdzie jedynym autorytetem, ale nie oznacza to, że to jedyna księga, jaką czytam. Staram się być otwarty na każdą myśl ludzką. Moją lekturą często jest Kant, Kartezjusz, Schopenhauer i wielu, wielu innych. Czytam też ateistów. Dlaczego? Dlatego, że Bóg obdarza ludzi mądrością bez względu na to, czy są jego wyznawcami, czy nie. Są ludzie, którzy mają pewien głębszy wgląd w istotę spraw ludzkich. I właśnie ich należy słuchać uważnie. Owszem, mędrzec to ten, który posiadł mądrość biblijną. Ale są też mędrcy świeccy z doświadczeniem życiowym. To ludzie uczciwi i prawi. Umiejący po ludzku doradzić. Czegóż chcieć więcej?