Andrzej Strejlau: Trzy bramki zaczerniają obraz

"Jestem człowiekiem sportu. Mój ojciec był asystentem Feliksa Stamma" (fot. Adam Zakrzewski)

O złotych czasach polskiej piłki, innych realiach futbolu, aktywności nieustającej z biegiem lat i kręgosłupie reprezentacji, z legendą polskiej piłki, byłym trenerem reprezentacji Polski, komentatorem i ekspertem telewizyjnym, gościem „Ligi Orlika z Poza Toruń i Euro-Drób” Andrzejem Strejlauem, rozmawia Tomasz Więcławski

Był pan przez wiele lat związany z reprezentacją Polski. Jak pan patrzy na obecną kadrę, co się zmieniło w jej zorganizowaniu?

Mówimy o zupełnie innych warunkach. W okresie PRL-u dziennikarze nie mogli nagrywać sobie co tylko chcieli, tak jak pan dzisiaj. Była cenzura. Wszystko mieliśmy podporządkowane pod wyniki. Zawodnicy nie mogli wyjeżdżać za granicę i mieliśmy ich do dyspozycji na długich zgrupowaniach. Około 11 dnia zawsze następowały pierwsze awanturki w zespole. Zorganizowaniem i ciężką pracą nadrabialiśmy to, co różniło nas od zachodu. Oni tam mieli, podobnie jak teraz, pełne zawodowstwo. Byliśmy lepiej zgrani.

Nasza liga była wtedy silna, czy nadrabialiśmy myślą trenerską, zgraniem i kolektywem?

Zależy, jak pan na to spojrzy. Legia Warszawa była zespołem bardzo silnym. Podobnie Polonia Bytom i Górnik Zabrze. Było u nas mniej pieniędzy, ale stołeczna drużyna odpadła dopiero w półfinale Pucharu Europy, po dramatycznych spotkaniach z Feyenoordem Rotterdam. Wielkie sukcesy miał także Górnik Zabrze. Widziałem się ostatnio ze Stanisławem Oślizgło, byli też Heniek Latocha i Janek Kowalski, przy okazji meczu w Pucharze Polski Czarnych Żagań z Górnikiem Zabrze. Odbyła się tam piękna uroczystość w pałacu żagańskim, który jest większy niż na Wawelu. Wspomnień z pięknych spotkań naszych ligowców starczyłoby na wiele dni i książek.

A zawodnicy? Chcieli udowodnić, że pomimo życia w kraju, którego nie można nazwać wolnym, duch patriotyczny w narodzie jest ogromny? To niosło naszą reprezentację?

To bardzo trudne do zdefiniowania. Inaczej się to odzwierciedla w sportach indywidualnych, a inaczej w drużynowych. Spójrzmy chociażby na mecz Polska – ZSRR, gdy wygraliśmy 10-6. A potem trzech zawodników nie pojechało na rewanż do Moskwy w wyniku różnych perturbacji. Ja nie miałem nic przeciwko, kiedy piękne dziewczyny i wspaniali młodzi chłopcy przyjeżdżali ze wschodu do nas. Ustroju przecież sobie nie wybierali. Chcieli tylko zademonstrować, jak doskonałe warunki stworzono im do uprawiania poszczególnych dyscyplin. Taki siatkarz Bugajenkow z miejsca, z przysiadu na AWF-ie w Warszawie doskakiwał do balkonu. Sport ma to do siebie, obojętnie w jakim systemie się nie pracuje, że potem w momencie konfrontacji każdy chce się zaprezentować jak najlepiej.

W latach 70. byliśmy piłkarską potęgą. Złoty medal IO, trzecie miejsce na świecie, a także piąte miejsce na mundialu w Argentynie.

Sukcesy poszły za sobą lawinowo. Zawodnicy, po każdym kolejnym, nabierali więcej wiary w swojej umiejętności i przeświadczenia, że mogą pokonać każdą drużynę. To było piękne dziesięciolecie zwieńczone kolejnym medalem zdobytym w 1982 roku. Wynik w Argentynie także otwierał nam okno na świat.

Jak kształtowała się polska szkoła trenerska w tamtym okresie?

II wojna światowa zebrała przerażające żniwo. Zginęło wielu doskonałych zawodników i trenerów. Sport pozwalał żyć nieco inaczej w rzeczywistości PRL-owskiej. Tylko aktorzy i politycy mogli jeszcze otrzymać ze specjalnego depozytu paszport i wyjechać za granicę. Trudno o jakąkolwiek analogię do dzisiejszych czasów. Tamten okres to także skrajne niedożywienie. Teraz można wiele nadrobić suplementami czy odżywkami, a wtedy można było tylko o tym pomarzyć. Opieka lekarska, chociaż teraz na nią narzekamy, również była na zupełnie innym poziomie. Tempo życia, środki i możliwości były nieporównywalne.

Słynie pan z ciętego języka i bezkompromisowych sądów. Kolega, jak przygotowywałem się do tego wywiadu, powiedział mi, że zapewne dlatego nie zapraszają pana do telewizji.

Nie jestem nigdzie na etacie. Dlatego zapraszają mnie wszędzie i jestem niezależny. Tłumaczyłem ostatnio moim studentom z Nowego Sącza, że podział ról w każdej dziedzinie życia jest niezwykle ważny. Pan, jako młody człowiek, może być prezesem klubu, a ja trenerem. Wtedy odpowiadam przed panem. I nie ma w tym nic dziwnego. W szkolenie i to co zarezerwowane dla mojej profesji nie pozwolę się jednak wtrącać. Są różne więzy koleżeńskie i one też decydują o doborze gości do studia. Niektórzy, młodzi ludzie, powinni pracować w klubach czy w szkółkach, a nie tak ochoczo zasiadać w fotelach ekspertów i wyrażać krytyczne sądy. Trzeba wiele pokory, bo ona buduje nas jako ludzi.

Wiele dyskusji przed meczami wygląda jak głaskanie się po głowach i spijanie słów z ust innych.

Różnica zdań musi być artykułowana. Ale nie mamy prawa, wobec was dziennikarzy, obnażać się i kłócić ze sobą. To nic nie wnosi. Musimy między sobą uzgodnić stanowiska. Gładkie rozmowy nic nie dają. Każdy ma prawo robić inaczej. Czasami wynik osiągnięty przesłania obraz. Nie zawsze jego osiągnięcie pokazuje, że obrana została słuszna metoda pracy. Doskonale widać to chociażby w boksie. Wyjdzie zawodnikowi jeden cios i jest gloryfikowany. Wcale nie oznacza to jednak, że musi być wybitnym bokserem.

Włącza się pan w wiele akcji sportowych. Skąd czerpie pan na to energię?

Jestem człowiekiem sportu. Mój ojciec był asystentem Feliksa Stamma. Ten był chrzestnym ojcem mojej rodzonej siostry. Zaczynałem, gdy miałem 6-7 lat na obozie w Świdnicy. Zawodnicy obronili mnie przed ojcem, który chciał mnie zlać, bo wykopałem piłkę, gdzie nie trzeba i ona zginęła. Ktoś musiał im pomagać w innych sprawach, ale nie powiem jakich, bo to niewychowawcze. Na czwartym roku studiów byłem już trenerem-koordynatorem wszystkich gier zespołowych w Warszawiance. Zdarzało się, że sędzia międzynarodowy, który sędziował mecz finałowy z moim udziałem w 1958 roku, gdy zostawaliśmy mistrzami Warszawy, był potem trenerem zespołu koszykówki i formalnie podlegał właśnie mi.

Przejdźmy do naszej kadry pod wodzą Adama Nawałki. Kręgosłup drużyny jest najważniejszą przyczyną sukcesów, które udaje się osiągać kierowanemu przez niego zespołowi?

Łatwo się powtarza tezę, że jakiś trener zbudował szkielet zespołu. Popatrzmy jednak na najważniejszych zawodników tej reprezentacji. Przecież oni wszyscy grali u poprzednich selekcjonerów. Wtedy zdobywali potrzebne doświadczenie. Nie umniejszam jednak zasług trenera reprezentacji, który jest mądrym człowiekiem, doskonale przygotowanym do pełnienia tej roli. Podobnie prezentował się na boisku.

Prezes Boniek wspiera go od samego początku. Zresztą polityka medialna PZPN chyba także zmieniła się w ostatnich latach. Mniej mamy sprzecznych komunikatów.

I powinien wspierać w każdej sytuacji. Taka jest rola prezesa. Co do zaangażowania w sprawy drużyny, chociażby słownego, to sprawa Błaszczykowskiego pokazała, że nie zawsze jest z tym jeszcze różowo. Padło dużo słów, nie zawsze przez wszystkich przemyślanych. Ale reprezentację budują wyniki. Śmieszyły mnie komentarze po meczu z Gruzją, że graliśmy dobry mecz. Jako drużyna wyglądaliśmy, szczególnie w II połowie, źle. Ale mamy zawodnika światowej klasy, który strzelił trzy bramki w dwie i pół minuty. Nie może to nam jednak zaczerniać obrazu.