Anja Orthodox: Tomek Beksiński zachęcał mnie do małżeństwa z jego ojcem

Closterkeller działa od 26 lat. Anja Orthodox jest jedynym członkiem zespołu, który pamięta pierwotny skład grupy (fot. Łukasz Piecyk)

– Tomek Beksiński przypominał nam na każdym kroku, że umrze. Szkoda, bo przyjaźń z jego rodziną i nim samym była bardzo cenna – wspomina w rozmowie z Łukaszem Piecykiem Anja Orthodox, liderka i wokalistka zespołu Closterkeller.

W tym roku minie 15 lat od feralnej Wigilii…
Niestety, przeczuwałam pod koniec tej pamiętnej rozmowy telefonicznej, co zrobi Tomek Beksiński. Kilka minut później pewnie już nie żył. Czułam, że gaśnie.

Przygotował znajomych i bliskich na swoją śmierć?
Gadał o tym cały czas. Miał nawet zaplanowaną datę śmierci, ale przełożył ją ze względu na koncert. Wszyscy mieliśmy miękkie kolana, ale on zdecydował.

Wszystko to w oparach absurdu.
Zadzwoniłam do niego tego dnia, bo miałam urodziny. Nagrałam się mu na sekretarkę, śpiewając sobie urodzinowe przyśpiewki i składając życzenia. Poczuł się w obowiązku, aby oddzwonić i złożyć mi życzenia. Rozłączył się potem na zawsze.

Jak pani wspomina znajomość z Beksińskimi?
Bardzo dużo zyskałam. Niejednokrotnie u nich bywałam. Tomek zawsze twierdził, że powinnam się raczej kumplować ze Zdzisławem, jego ojcem. Po śmierci matki Tomka zachęcał mnie on nawet do małżeństwo z Beksińskim seniorem.

Mroczne dusze były punktem wspólnym ze Zdzisławem Beksińskim?
Skądże. Oboje byliśmy fanami nowinek technicznych. Gadaliśmy o komórkach, komputerach z wypiekami na twarzy. Tomek pukał się tylko w głowę.

Ostatnio jednak nie ze wszystkimi jest po drodze. Closterkeller podniósł się z ostatniego przewrotu w składzie?
Musiał. Dotknął nas niespotykany dotąd problem, bo czekała nas zmiana dwóch bardzo ważnych muzyków. Byłam bardzo rozgoryczona i wkurzona. Cała koncepcja zespołu jest w końcu określana pod naszych ludzi. Nagle wszystko szlag trafił. Mieliśmy jednak sporo ważnych koncertów. Byłam zmuszona do szybkiego działania, a to wyzwoliło we mnie nadludzkie siły. Na basie pojawił się Aleksander Gruszka, który o mało nie znalazł się w składzie już po wydaniu płyty Graphite. Wtedy jednak, gdy witałam go już w zespole, powiedział, że mieszka w Szczecinie, co niestety go zdyskwalifikowało.

Największa zmiana pojawiła się jednak na pozycji gitarzysty.
Teraz już gitarzystki. W zespołach rockowych panuje spora rezerwa do kobiet za wiosłem, ale moja znajoma przetkała mi kanał intelektualny, proponując, aby w składzie pojawiła się kobieta. Od słowa do słowa w naszym zespole pojawiła się Zuzanna Jaśkowiak, z której jestem bardzo zadowolona. W końcu w czym kobiety mają ustępować facetom w tej materii?

To było przyczyną odejścia Krzysztofa Najmana?
Być może. Oficjalnie chodzi o odmienne podejście do kierunku, w którym idzie zespół. O opuszczeniu Closterkeller nasz ex-basista zdecydował jednak przed jej przyjęciem. I w takim wypadku miałabym to z nim konsultować? Z osobą, która jest jedną nogą za burtą na własne życzenie? Zresztą przedstawiając koncepcję, to oczekiwałabym innego rozwiązania od osoby, której coś się nie podoba. Niestety, nie doczekałam się. Nie było czasu na to, aby się pieścić.

Wcześniej skład opuścił także Mariusz Kumala.
Tutaj pojawiły się sprawy osobiste (były gitarzysta Closterkeller to ostatni mąż Anji Orthodox, przyp. red.). Pewne sprawy między nami się zaogniły i ostatecznie konflikt otoczył nas wszystkich, prowadząc do zupełnego krachu. Mam jednak świadomość, że życie to nie bajka.

Historia zespołu pokazuje jednak, że poważne ruchy kadrowe sprzyjają tworzeniu przełomowych płyt w dyskografii Closterkeller. Teraz też tak będzie?
Zazwyczaj nowy skład potrzebuje zgrania. Teraz nie chcemy na to tracić czasu. W tym roku płyta się jednak nie pojawi. Jeśli będzie nam się kiepsko grało, to pewnie potrwa to jeszcze dłużej. Pewien zarys oczywiście jest. Zależy nam na ciężkim klimacie. Czeka nas totalny gruz. Po dwóch mocno gitarowych krążkach chciałabym postawić na klawisze. To jednak przed nami i nie chcę wiązać się żadnymi obietnicami.