Anna Orzeszko: Nigdy nie byłam nad Niemnem

Annie Orzeszko nie udało się do tej pory pojechać na grób Elizy Orzeszkowej.

Byli braćmi: Florenty i Piotr. Pierwszy był syberyjskim zesłańcem i pradziadkiem Anny Orzeszko, dziś sędziwej torunianki, drugi – mężem Elizy Orzeszkowej. 

Orzeszkowa urodziła się 6 czerwca 1841 roku na białoruskiej wsi Milkowszczyźnie jako Elżbieta Pawłowska. Matka od początku zdrabnia jej imię jako „Lisa”, z czego powstało późniejsze Eliza. Ojciec, Benedykt Pawłowski umiera, kiedy przyszła pisarka ma trzy lata. Zostawia po sobie liczącą kilka tysięcy woluminów bibliotekę, z której dziewczynka chętnie korzysta i która ukształtuje jej literackie zainteresowania na lata. Od 11. roku życia kształci się na pensji sakramentek w Warszawie. Tam nawiązuje bliską przyjaźń z jedną z dziewcząt. Przyjaźń ta przetrwa lata. Dziewczyna nazywa się Maria Wasiłowska, później zasłynie między innymi jako autorka „Roty” – to Maria Konopnicka.

Po zakończeniu nauki szesnastoletnia Eliza wraca w rodzinne strony. Tu stara się o jej rękę niejaki Piotr Orzeszko, właściciel ziemski. Jest dwukrotnie od niej starszy. Nieznosząca sprzeciwu matka przyszłej pisarki decyduje, że oświadczyny zostają przyjęte.

– Prababka nie miała ochoty na to małżeństwo – mówi Anna Orzeszko. – Ale zdaje się, że miała niewiele do powiedzenia. Jak większość młodych panien na wydaniu. Zwłaszcza że w grę wchodził spory majątek.

W czasie powstania styczniowego Eliza i Piotr ukrywają u siebie samego Romualda Traugutta. Piotrowi za tę decyzję przyjdzie zapłacić słono. Dwa lata po powstaniu zostaje zesłany na Sybir.

– Pierwotnie prababka miała mu towarzyszyć – mówi Anna. – Tak się jednak nie stało. Nie wiadomo dlaczego. Zamiast jechać z mężem na zesłanie, wszczęła proces rozwodowy. Zakończył się on dla niej pomyślnie kilka lat później.

Podobny los spotkał Florentego, brata Piotra, pradziadka Anny Orzeszko.

To ważna postać zarówno w życiorysie, jak i w twórczości Orzeszkowej. Urodził się w 1835 roku. Lekarz, patriota, zesłany na Syberię za udział w powstaniu styczniowym. Był lekarzem w oddziale Romualda Traugutta. Pozbawiono go prawa wykonywania zawodu.

– To był człowiek niezłomny – wspomina Anna Orzeszko. – Drogę na Syberię pokonał pieszo. Szedł 18 miesięcy. Czyli półtora roku. To niewyobrażalne, zwłaszcza jeśli uzmysłowić sobie trudy takiego marszu. A do tego szedł ze swoją narzeczoną Heleną, którą potem poślubił.

Po odbyciu kary Florenty odzyskuje prawo wykonywania zawodu, ale na powrót do Polski już się nie decyduje. Do końca swoich dni będzie mieszkał w Tomsku. Tam też zostanie pochowany na cmentarzu katolickim w roku 1905.

Z punktu widzenia twórczości Orzeszkowej szwagier Florenty to jedna z najistotniejszych postaci. Był pierwowzorem wielu jej powieściowych bohaterów. Jednak najwierniej odtworzyła go w noweli „Gloria Victis”, w której opisała w zbeletryzowanej formie swoje powstańcze perypetie i samego Florentego.

Nie ulega wątpliwości, że Eliza Orzeszkowa jest nie tylko jedną z największych pisarek doby pozytywizmu, ale i całej historii literatury polskiej. Doceniano ją również w świecie. Dwukrotnie była o włos od uzyskania Literackiej Nagrody Nobla. Za pierwszym razem, w roku 1905, na drodze stanął jej Henryk Sienkiewicz, a za drugim, pięć lat później, Selma Lagerlöf. Obracała się więc w doborowym towarzystwie. Czy jednak ta nagroda rzeczywiście jej się należała?

– Prababka była wybitną działaczką społeczną, choć oczywiście nie mogło być to brane pod uwagę jako kryterium przyznawania Literackiej Nagrody Nobla. Jeśli chodzi o sam poziom pisarstwa, to, na ile jestem w stanie ocenić, nie ustępowała raczej Sienkiewiczowi. Świadczy o tym fakt, że w debacie, komu z tej dwójki przyznać nagrodę, głosy rozłożyły się mniej więcej po połowie. Zadecydowała prawdopodobnie doniosłość dzieła Sienkiewicza i jego zakres. Nie sądzę jednak, że przeważyła jakość pióra.

Czy ciężko jest żyć z brzemieniem świadomości, że jest się prawnuczką wybitnej pisarki?

– Raczej mi to nigdy nie przeszkadzało. Nie sądzę też, by miało jakiś znaczący wpływ na moje życie. W rzeczywistości minęło już zbyt wiele czasu i zbyt wiele pokoleń, by uważać te więzi za jakoś szczególnie znaczące. Ja sama jestem tego dobrym przykładem: oczywiście przeczytałam „Nad Niemnem” i to kilka razy, ale nigdy nad Niemnem nie byłam. Nie byłam nawet w Grodnie na grobie prababki. Choć nie ukrywam, że bardzo bym chciała.