Arkadiusz Brodziński: W Polsce nie ma lewicy, a SLD to czysta postkomuna

Arkadiusz Brodziński jest przedstawicielem Ruchu Obywatelskiego na Rzecz Jednomandatowych Okręgów Wyborczych (fot. archiwum prywatne)

O wadze programu politycznego, szansach na powodzenie wrześniowego referendów, zmianach ustrojowych, przejściu z lewicy na prawicę i planach startu w wyborach do Sejmu RP, z Arkadiuszem Brodzińskim, przedstawicielem Ruchu Obywatelskiego na Rzecz Jednomandatowych Okręgów Wyborczych, rozmawia Tomasz Więcławski.

Kim pan jest w Ruchu Kukiza?
Taka formacja dopiero się kształtuje. Będzie ją tworzyć wiele środowisk m.in. Ruch Obywatelski na Rzecz Jednomandatowych Okręgów Wyborczych. Wszystkie wcześniejsze akcje były organizowane przez fundację tego ruchu. Na sobotnim zjeździe w Lubinie zostały wyznaczone osoby do kontaktu z mediami w poszczególnych województwach. W kujawsko-pomorskim jestem takim człowiekiem. Przyszły Ruch Kukiza nie ma jeszcze tego rodzaju przedstawicieli. Wyznaczona została tylko jedna osoba do kontaktu ogólnopolskiego – Miłosz Lodowski. Jestem także przewodniczącym komitetu referendalnego.

Poznawaliśmy w 2013 roku, gdy był pan mocno zaangażowany w inicjatywę Ryszarda Kalisza – Dom Wszystkich Polska. To dość odległe Pawłowi Kukizowi środowisko.
W sensie polityczny na pewno. Po pierwszym spotkaniu tamtego środowiska dałem się przekonać panu Kaliszowi, że będzie to ruch, któremu użyczy on twarzy, a o jego sile stanowić będą osoby dotychczas niezwiązane z przepychankami partyjnymi. Po czasie pojawili się jednak, jak to zawsze bywa w takich sytuacjach, różni ludzie. Z różnymi motywacjami, często zupełnie mi obcymi. Nigdy działając w tym stowarzyszeniu nie przejawiałem ambicji politycznych. Nie wystartowałem w wyborach do Parlamentu Europejskiego. Gdy Ryszard Kalisz nawiązywał współpracę z SLD mogłem także znaleźć się na liście wyborczej w trakcie wyborów samorządowych. Również odmówiłem, bo otwarcie krytykowałem postawę lokalnych działaczy tego środowiska, którzy przez wiele lat współpracowali z PiS-em i prezydentem Zaleskim.

Nie spodziewał się pan, że tego rodzaju inicjatywę musi czekać taki los?
Wiedziałem, że tak może być. Zawsze interesowałem się polityką, ale aktywnie włączyłem w nią kilka lat temu, bo, mówiąc oględnie, toruński układ dotknął mojego życia zawodowego. Bez zbędnego żalu i rozczarowania rozstałem się jednak z tym środowiskiem. Zrozumiałem, że nie ma to większego sensu, gdy zapadła decyzja o rezygnacji z samodzielnego startu w wyborach. Ludzie nie mogli uwierzyć, że jest to świeże i nowe, gdy zaczęło wchodzić w stare układy.

Ale skąd decyzja o przystąpieniu do inicjatywy Pawła Kukiza?
Po decyzji o jego starcie w wyborach prezydenckich miałem możliwość spotkania się z nim i Patrykiem Hałaczkiewiczem, szefem sztabu, i dłuższej rozmowy. Paweł jednoznacznie zadeklarował, że mój centrolewicowy światopogląd mu nie przeszkadza. Nigdy się z nim nie kryłem. Jestem zwolennikiem systemu szwedzkiego, francuskiego czy kanadyjskiego. W Polsce nie ma lewicy. SLD to czysta postkomuna. Przekręca się tak, jak akurat wieje wiatr, żeby coś osiągnąć.

Znajdzie się wielu, którzy powiedzą, że to pan postąpił koniunkturalnie.
Przystąpiłem do tego projektu, gdy Paweł Kukiz miał sondażowe poparcie na poziomie 4 procent, a nie 20. Trudno zarzucić mi zatem koniunkturalizm. Jednomandatowe Okręgi Wyborcze uważam za dobre rozwiązanie. Nie patrzę na nie bezrefleksyjnie. Ale zmiana polityczna jest w Polsce niezbędna. Różnimy się z liderem ruchu w wielu kwestiach, ale one w tym momencie nie są najważniejsze. Mało osób wie, że Kukiz jest za wyprowadzeniem religii ze szkół, a także legalizacją prostytucji. To nie jest skrajny prawicowiec ani faszysta, jak przedstawiają go niektórzy.

Przy tak różnych środowiskach, które mają iść pod wspólnym szyldem do wyborów konflikt jest nieunikniony?
Jak to w życiu. Konflikty są nieuniknione. Ale nie in vitro, aborcja czy związki partnerskie są teraz najważniejsze. Dla Polaków, szczególnie młodych, znacznie istotniejsze są edukacja, praca i dobre zarobki. Jak załatwi się te kwestie, to będzie można rozpocząć dyskusje nad kolejnymi sprawami.

Do Sejmu się pan wybiera?
Nigdy nie składałem takiej deklaracji. Optuję za tym, żeby na listach znalazły się takie osoby, które nie były do tej pory uwikłane w jakieś zależności partyjne. Pojawią się bowiem, co zrozumiałem, spadochroniarze z innych środowisk. A kandydatami powinny być osoby lojalne, z wizją.

Pan wpisuje się w taką charakterystykę?
Widzę w Toruniu kilka osób, które nadają się do parlamentu lepiej ode mnie.

Jakieś nazwiska?
Nie chciałbym uprzedzać faktów. Dobrym kandydatem byłby np. Maciej Karczewski. To człowiek, który chciał zmieniać Toruń. Nie tylko dorwać się do koryta i być, ale realnie uczynić nasze otoczenie lepszym. Takich ludzi nam trzeba.

Jak stworzyć jednolity program dla tak różnych osób, bo w kontekście Ruchu Kukiza wymienia się nazwiska z każdej strony sceny politycznej.
Lider zadeklarował już, że programu tworzył nie będzie. Można napisać go w pięć minut na kolanie i obiecać wszystkim, że będzie wspaniale. Tak robią partie polityczne, a potem żadnej ze swoich obietnic nie realizują.

Ludzie mają kupić kota w worku? Ich głos ma być oparty na zaufaniu do Pawła Kukiza?
Paweł bardzo na to liczy, że znajdą się osoby, które zrozumieją jego ideę. On nie chce tworzyć programu, a strategię. To nie sprzedaż margaryny. Tak robią inni. Mówią, że ona wzmacnia zdrowie, oczy, uszy i węch. Ale nikt nie zastanawia się nad realnymi zmianami.

Ale jakie mają one być?
Ustrojowe. Muszą być powołane zespoły ekspertów, które rozwiążą poszczególne problemy. Przecież Paweł Kukiz sam nie zna się na wszystkim. Ale powinni o tym dyskutować specjaliści, a nie politycy.

Wierzy pan w powodzenie wrześniowego referendum?
Wszystko jest kwestią frekwencji. O opinię Polaków w tych kwestiach się nie boję. Ten mechanizm stosowany jest jednak tak rzadko, że obywatele nie mają świadomości jego wagi.