Był dziennikarzem, managerem muzycznym, blogerem. Kim dzisiaj jest Michał „Powsinoga” Gajewski?

Michał Gajewski od lat współpracuje w Lizardem. Ostatni rok był szczególny (fot. Łukasz Piecyk)

Gdyby miał przytoczyć anegdoty związane z polskimi zespołami, miałby z tym trudność, bo wszystkie historie okazałaby się niecenzuralne. W zanadrzu ma ich jednak sporo, gdyż zorganizował już niezliczoną liczbę koncertów w całej Polsce. Najtrudniej jest jednak zająć się zespołem po występie. Szczególnie dla wątroby.

Jeszcze rok temu o Lizard Kingu mówiło się “Klub Muzyczny przy Kopernika 3”. Wszystko za sprawą zawirowań finansowych właścicieli sieci tych klubów w Polsce. Spółka R&C Union ogłosiła wtedy upadłość. Wszyscy wiosną 2014 roku w Toruniu także zadawali sobie pytanie, co z jednym z najbardziej popularnych miejsc w grodzie Kopernika. Ostatecznie lokal przy Kopernika 3 przetrwał pod starym szyldem, a twarzą koncertową klubu pozostał Michał “Powsinoga” Gajewski.

– Najśmieszniejsze jest to, że całe zamieszanie mnie ominęło, bo byłem wtedy na chorobowym – wspomina Gajewski.

Powsinoga od kilku lat współpracował z Lizardem, jednak przez ostatni rok został prawdziwym promotorem koncertowym. Siłą sprawczą, która miała za zadanie utrzymać poziom klubu. I chyba się udaje, bo to jedyny funkcjonujący “Jaszczur” w Polsce (kluby działały także w Krakowie, Poznaniu i Łodzi).

Sukces z sufitu się jednak nie wziął. W krwi Michała Gajewskiego płynie kresowa krew i to po części jej zasługa, że potrafi tak szybko nawiązać kontakty.

– Lubelszczyzna to, co prawda, tereny mojej babci, ale otwartość na rozmowę chyba mi pozostała – przyznaje właściciel agencji Powsinoga. – I jak się okazuje, to niezmiernie potrzebna umiejętność.

Połączył ją z pasją do muzyki. Profesora Romana Bäckera, promotora jego pracy magisterskiej, namówił na analizę tekstów Kazika pisaną pod kątem przestępczości, korupcji i polityki. Równolegle zaczął organizować w rodzinnym Ciechocinku imprezy hip-hopowe i beatboxerskie o przesłaniu antynarkotykowym. Tak zdobywał pierwsze szlify organizacyjne. Próbował także imać się różnych instrumentów, ale tę drogę porzucił z korzyścią dla muzyki. Sił próbował także w mediach.

– Chyba do końca nie byłbym szczerym dziennikarzem, bo za bardzo angażowałem się w sprawy kulturalne – przyznaje Michał Gajewski. – Widząc organizacyjne niedoróbki, chciałem pomóc, a nie o tym pisać.

I tak stanął po drugiej stronie barykady, jeżdżąc jako menadżer trasy z folkowymi zespołami po całej Polsce do miast i miasteczek, gdzie ośrodki kultury dopiero zaczęły się rozwijać. Przygotowywał koncerty m. in. dla zespołów Czerwie czy toruńskiego Disparates. Ten drugi na południu Polski cieszył się sporą popularnością – odwrotnie proporcjonalną niż w rodzinnym mieście.

– Podróżując po miejscowościach, do których wraca się raz na kilka lat lub w ogóle, widziałem prawdziwe cuda – przyznaje Michał Gajewski. – Dwuosobowe instytucje potrafiły tak prężnie działać, że animatorów kultury z większych miast mogłaby zżerać zazdrość.

Historie napotykane w trakcie koncertowania w całej Polsce miały posłużyć za materiał na bloga podróżniczo-muzycznego. To on miał nazywać się “Powsinoga”, ale ostatecznie Michał Gajewski nazwał tak swoją agencję eventową prowadzoną początkowo w inkubatorze przedsiębiorczości. Wrócił do Torunia, wybrał Bydgoskie Przedmieście i założył rodzinę. I stał się człowiekiem-instytucją zajmującym się zapraszaniem czołowych, polskich zespołów do grodu Kopernika.

– Są artyści, którzy standardowe koncerty w ramach promocji płyty, grają tylko i wyłącznie w Lizard Kingu – wyjaśnia Michał Gajewski. – Niezmiennie od lat jest to np. Acid Drinkers, na których się wychowałem. W pewnym momencie działalności zauważyłem jednak, że niektóre środowiska chciały wykreować konflikt między organizatorami koncertów w Toruniu. To zupełne science-fiction, bo prowadzimy jeden, wspólny kalendarz, aby wydarzenia o podobnej stylistyce nie nakładały się na siebie. Zresztą, koncerty organizuję nie tylko w Lizard Kingu.

Nie trzeba być znawcą, aby zauważyć, jaka muzyka dominuje w klubie przy Kopernika 3. Czy to odzwierciedlenie tego, jaki gust ma sam organizator?

– Trochę tak, ale jest to zarówno pomocne jak i szkodliwe – przyznaje Michał Gajewski. – Jeśli mam zespół związany z własnymi preferencjami, to wkręcam się w jego organizację na 200 procent. Muszę jednak czasem zachować zdrowy rozsądek i pogodzić się tym, że nie na każdy koncert znajdę chętnych.

Gdy pytamy Powsinogę o najlepsze koncerty z perspektywy uczestnika oraz organizatora, bez wahania wskazuje na dwa zespoły, które były już na scenie w Lizard Kingu. To Lao Che i Łąki Łan.

– To bez wątpienia najlepsze polskie kapele, które nie powiedziały jeszcze ostatniego słowa. Myli się jednak ten, kto uważa, że opieka nad zespołem kończy się wraz z ostatnią piosenką. Jeszcze trzeba z nimi spędzić pozostałą część wieczoru, co niefortunnie odbija się na kondycji mojej wątroby – żartuje Powsinoga.