Byłem na innej planecie

(fot. nadesłane)

Z Romualdem Koperskim, podróżnikiem, znawcą Syberii, rekordzistą Guinnessa w kategorii najdłuższy koncert fortepianowy o jego niedawnym samotnym rejsie łodzią wiosłową przez Atlantyk rozmawia Jacek Kiełpiński. 

Czym dla Ciebie był ten rejs?

To podsumowanie innych dokonań. Udowodniłem, że człowiek, który nie ma nic wspólnego z żeglarstwem, może coś takiego zrobić. Trudno zarazem odpowiedzieć na pytanie, jak było na oceanie, bo brakuje słów. Ale spróbuję to zrobić w książce.

Robiłeś tam notatki?

Mam dwa zeszyty notatek. Taka podróż zmienia widzenie świata. Byłem na innej planecie, gdzie wartości całkowicie się odwracają. Na tej planecie doznałem olśnienia, że człowiek może wszystko. Poleciałem tam mocno w podświadomość. Wiedziałem oczywiście o jej istnieniu, ale życie codzienne to tłumi. Wszystko się spełni, musimy tylko w to uwierzyć, zapisać sobie to w głowie i zasypiać z obrazem tego przed oczami.

A tymczasem ocean macha ogonem i leżysz.

Miałem dwie wywrotki. W nocy o 4 rano strzał fali, załamała się przy mnie i przewróciło łódź. Ja goły, bosy, łódka leży, ładunek się przesuwa i łódka, choć niezatapialna, pogrąża się w wodzie.

Co się wtedy robi?

Wyskakuje się na przeciwną burtę i stara się łódź podnieść. Ale, oczywiście, poślizgnąłem się, wyleciałem z łódki, cudem złapałem za linę asekuracyjną i wlazłem pokrwawiony na pokład. Wiadrami wylewałem wodę. A czerń była absolutna, żadnych punktów odniesienia. Za dnia miałem też przewrotkę, fale się skrzyżowały, a wtedy wulkany wody idą do góry. 77 dni płynąłem, z tego 40 dni miałem sztormu.

Jedzenie.

Wziąłem na miesiąc, a płynąłem ponad dwa. Potem żarcie wydzielałem sobie. Trenowałem przed Pacyfikiem, który za pierwszym razem mnie pokonał. Łowiłem ryby i smażyłem, ale w rozkołysie trudno się smaży, bo jedną ręką trzeba się czegoś trzymać. W końcu palnik gazowy wysiadł, bo zardzewiał. Od tej soli stal nierdzewna rdzewieje, ale po pierwsze człowiek dostaje fizycznie. Masz od tego najpierw krosty, potem zaczerwienienia, potem czyraki, potem one pękają, ale ropa się nie pojawia, bo środowisko jest czyste. Jednak rany się nie goją, obrastają w końcu jakimś naskórkiem, wyglądają jak kratery wulkanu. Całe osolone ciało jest rozpalone, boli każde dotknięcie.

Ta wizja, że dopływasz szczęśliwie – kiedy się pojawiła?

Zawsze starałem się ją mieć, wszystkie wyprawy miałem przesączone optymizmem, a jak raz nie miałem optymizmu na Pacyfiku, bo nie wierzyłem, że te 6000 mil pokonam, to po 16 dniach, się sprawdziło. Moja podświadomość uznała to za rozkaz i zrealizowała. Teraz w połowie Atlantyku przyczepiła mi się myśl, że nie płynę na Martynikę, na środku archipelagu Wysp Karaibskich, tak jak planowałem. Od podświadomości miałem informację, że trafię na Tobago. Wiedziałem, że tam mieszka mój rywal od najdłuższego koncertu Guinnessa. Jak pokonałem 1500 mil morskich, pojawił się film, że razem tam z nim zagram na fortepianie.

Książki o sile pozytywnego myślenia istnieją już na rynku. 

Ale piszą je profesorowie, a tę napisze facet, któremu się to sprawdza od 40 lat! Organizuję wyprawy za setki tysięcy złotych, a nie mam ani grosza w kieszeni. Wymyślam rejs przez Pacyfik, a nie mam łodzi. Ale tym żyję. O, takie zdarzenie. Jestem na Morzu Ochockim, koło Magadanu, na rybach. Na kutrze stoję obok faceta, a ten pyta o plany. Mówię o tej łodzi, on pyta, ile trzeba na początek, na projekt, sam kadłub. Mówię, że 20 tysięcy złotych. Facet, już w hotelu, przychodzi do mnie z laptopem, prosi o numer konta i po chwili mówi: to już masz te pieniądze, zaczynaj robotę.

Czasu sam na sam ze sobą miałeś sporo. 

Tam człowiek naprawdę ze swojej nicości zdaje sobie sprawę. To nie jest wesołe miasteczko, że można wyjść z niego. Nawet na Syberii to ja byłem na ziemi, mogłem ściąć drzewo, rozpalić ogień, mogłem liczyć, że kogoś spotkam, a tutaj mi zespół brzegowy mówi, że najbliższy statek jest 300 kilometrów ode mnie. Dostaje się agorafobii, lęku przed przestrzenią, przerasta cię ten bezmiar i masz napady: wyskoczyć, skończyć z tym. Trzeba wtedy silnie się walnąć w pysk i zająć czymś.

Papierosy podobno zacząłeś palić.

W związku z rejsem pół roku wcześniej zacząłem palić papierosy, żeby mieć jakąś odskocznię, żeby móc robić sobie przerwę o świętej godzinie 15. Sztorm nie sztorm, małpimi ruchami wodę gotowałem, robiłem sobie kawę i spalałem cztery fajki. Kawa się skończyła, to herbatę piłem, skończyła się – to wodę gotowaną piłem. Dzięki temu, że paliłem, ukończyłem ten rejs, bo to mnie uspokajało. Szkoda, że jakiegoś zioła do palenia nie miałem, bo jeszcze przyjemniej by było. Kiedy dopłynąłem do Tobago, na brzegu czekała paczka fajek, kanapka i piwo. Przyjmowali mnie potem ciemnoskórzy pracownicy portu, a tam się pali marychę! Wszyscy palą! I od razu dostałem trzy skręty i świat był piękny. Proszę to napisać. I mam w dupie, czy wolno palić, czy nie wolno.

Marzenia się spełniły? Twój film zaistniał w realu?

Wszystko się spełniło. Mój rywal od grania, Charles Brunner, okazał się jak mój brat. Miał podobne życie, też grał na statkach, w knajpach, a teraz jest jedynym pianistą na Tobago i ma tam szkołę muzyczną. Jest dwa lata młodszy ode mnie, ma 59 lat i żonę, 25-letnią czekoladową piękność. Żyje jak pączek w maśle.

Też sobie ją najpierw wyobrażał? Jest z tego klubu?

Z tego samego klubu, co ja. Witalność, optymizm, bez prób gramy razem. Teraz ustanowimy rekord Guinnessa jako duet fortepianowy. Obaj potrafimy grać ponad 100 godzin, więc chyba nikt nam na świecie nie podskoczy. Jesienią tego dokonamy. Tak sobie to wyobraziliśmy i tak będzie. Podświadomość już działa…