Chłopiec pełen pokory

Grzegorz Ciechowski nosił w sercu Toruń - to tu zagrał oficjalnie swój pierwszy i ostatni koncert. (fot. Andrzej Świetlik)

Serce Republiki stanęło 22 grudnia 2001 roku. Choć w tym roku mija piętnaście lat od śmierci Grzegorza Ciechowskiego, pamięć o nim i jego twórczości jest wciąż żywa. Dźwięk niezastąpionej Yamahy DX7 i czarno-białe pasy do dziś są symbolem Republiki i samego artysty. Jak śpiewał, tu miał swoje niebo – studio, do którego nikt nie miał wstępu, muzykę i rodzinę, które kochał nad życie.

Zanim został muzykiem, marzył, by zostać dyrektorem cyrku lub strażakiem. W wieku pięciu lat po raz pierwszy sięgnął po instrument. Czarno-białe klawisze pianina stały się jego narzędziem wyrażania emocji. Jako wielki indywidualista nie poddał się ścisłym wytycznym organisty i nauczyciela szkoły muzycznej. Ćwiczył więc w domu – swoje zdolności prezentował podczas rodzinnych zjazdów w Tczewie.

– Dopiero w szkole średniej chwycił po flet – wspomina Aleksandra Krzemińska, siostra Grzegorza Ciechowskiego. – Zgubił go jednak podczas podróży do Torunia, gdzie jechał do swojej przyszłej żony – Joli. Był bardzo w niej zakochany, dlatego też swoją przyszłość związał właśnie z tym miastem. Studiując polonistykę na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika, trafił do zespołu jazzowego Res Publica. Po kilku miesiącach i wielu roszadach stanął na czele grupy, tworząc słynną po latach Republikę.

Pierwsze koncerty zespołu odbywały się w klubie „Od Nowa” mieszczącym się w Dworze Artusa, kolejne już na toruńskich Bielanach, gdzie grupa przeniosła się wraz z otwarciem nowego budynku klubu.

– To, co zostało u nas po Republice, to słynna garderoba „07”, w której powstały dwie kultowe płyty zespołu – mówi Maurycy Męczekalski, dyrektor Akademickiego Centrum Kultury i Sztuki „Od Nowa”. Przed rozbudową budynku okna pomieszczenia wychodziły na zewnątrz. Zostały zabite deskami, ponieważ pod nimi gromadził się tłum fanów podpatrujących swoich idoli.

Po burzliwych czasach wielu koncertów i trudnych miłości, w 1994 roku Grzegorz ożenił się z Anną Wędrowską (obecnie Skrobiszewską), z którą doczekali się trójki dzieci. Ciechowski powoli stabilizował swoje życie osobiste i karierę muzyczną.

– Za każdym razem, kiedy się przeprowadzaliśmy, Grzegorz jako pierwsze urządzał studio – mówi żona Ciechowskiego. – Często była to piwnica, którą pieczołowicie wyposażał w instrumenty i sprzęt muzyczny. Jeśli chodziło o miejsce pracy, był pedantem. Nikt nie miał tam wstępu bez jego zgody. Kiedy robił przerwę, czasem wołał nas do siebie, brał dzieciaki na kolana i pokazywał, jak grać na pianinie czy perkusji.

Dla Grzegorza najważniejsze były słowa. Każdy jego tekst musiał przetrwać „próbę nocy”, czyli przeczekać do rana. Kiedy długo nie mógł nic napisać, stawał się nerwowy, a myślami nieobecny. Miał też swoje codzienne rytuały – rano odprowadzał dzieci do przedszkola, wychodził z psami na spacer. Wracając, zawsze kupował ciepłe bułki i prasę. Po śniadaniu brał kawę i zamykał się na kilka godzin u siebie.

– Obserwowałam, jak tworzy i było to fascynujące doświadczenie – zaznacza Anna Skrobiszewska. – Kiedy utwór był gotowy, Grzegorz wołał mnie do siebie, zakładał słuchawki na uszy, siadał obok i obserwował. Poza studiem jednak bardzo chronił naszą prywatność.

Kiedy powstawała ostatnia płyta Republiki, Ciechowski jednocześnie pisał muzykę i słowa do filmu „Wiedźmin”. Najtrudniejsza jednak była presja czasu. Jak wspomina Anna, Grzegorz bardzo lubił tę pracę. Kiedyś powiedział, że za kilka lat chciałby się tylko tym zajmować.

W swoich wspomnieniach wracał do dni dzieciństwa w rodzinnym Tczewie i obecnego w jego sercu Torunia. Pielęgnował smaki tamtych czasów, aby potem opisywać je w utworach. Zdarzało się, że swoje myśli zapisywał na skrawkach kartek, otwierał zeszyt na przypadkowej stronie. Jak zaznaczał, to nie on pisał wiersze – on je odkrywał.

– Był bardzo skromną osobą – mówi żona Obywatela G.C. – Wszelkie nagrody oraz wyrazy podziwu traktował z lekkim zawstydzeniem. Z jednej strony był artystą pewnym siebie, z drugiej zaś wrażliwym, pełnym pokory chłopcem.

Dziś pamięć po Grzegorzu Ciechowskim kultywowana jest poprzez festiwale jego imienia, powraca także na krążkach muzyków, którzy podejmują się nadania jego utworom nowego życia. Jak zaznacza Przemysław Wałczuk, lider zespołu Fonetyka, mierzenie się z tekstami Ciechowskiego jest niezmiernie trudne i bardzo inspirujące.

Historia twórcy Republiki uwieczniona została także w nowej książce „Republika. Nieustanne Tango” autorstwa Leszka Gnoińskiego.

– Grzegorz występuje w książce jako mój rozmówca – mówi autor. – Zamierzeniem było napisanie tego w taki sposób, abyśmy nie odczuli, że nie ma go już wśród nas. W publikacji pojawi się dużo niepokazywanych dotąd zdjęć Republiki i samego Ciechowskiego. Jednym z ważniejszych dla mnie rozdziałów jest ten opisujący nas i zdarzenia po Grzesia śmierci.

A więc stało się i odszedł. W wieku 44 lat, rano 22 grudnia, po operacji na otwartym sercu, zmarł Grzegorz Ciechowski, jeden z najwybitniejszych muzyków w Polsce, lider Republiki, znany też jako Obywatel G.C. i Grzegorz z Ciechowa. Pod pseudonimem Ewa Omernik pisał teksty dla Justyny Steczkowskiej. W Toruniu, mieście, w którym zaczęło bić serce Republiki, od 2002 roku przyznawana jest nagroda artystyczna jego imienia. W tym roku odbierze ją duet The Dumplings.

Parafrazując jeden z utworów Republiki, taki artysta jak Grzegorz Ciechowski mógł zdarzyć się raz na milion lat.