Co przyniesie jesień? [felieton]

Fot. Łukasz Piecyk

Jesienią mamy poznać najważniejsze zmiany w ordynacji wyborczej do samorządów. Czekam na nie niecierpliwie nie dlatego, że dotyczą także mnie i mojej przyszłości, ale przede wszystkim dlatego, że na długo mogą zmienić wizerunek i autorytet samorządów i to nie na lepsze. Od wielu miesięcy pojawiają się w tej sprawie kolejne wrzutki, mniej lub bardziej kontrolowane przecieki. To pewnie jakaś forma sondowania, na ile można sobie pozwolić, na co społeczeństwo pójdzie, a na co już nie, trochę w tym robienia zamieszania dla odwrócenia uwagi od innych spraw.

Trudno dyskutować nad czymś, czego nie znamy, nie ma co wypalać się w dyskusji nad rozwiązaniami, które nie ujrzą światła dziennego, ale jeden pomysł wydaje mi się szczególnie groźny i trzeba o nim mówić niezależnie od tego, czy rządząca partia ostatecznie zdecyduje się po niego sięgnąć, czy też nie. To zakaz wystawiania w wyborach list pozapartyjnych, odcinający możliwości startu komitetów lokalnych i ruchów obywatelskich.

Takie rozwiązanie byłoby zamachem na samorządność u samych jej korzeni. Przenosi całkowicie aktywność lokalnych społeczności na forum polityczne, gdy tymczasem dla wielu motywacją do działania na rzecz najbliższego środowiska jest sprzeciw wobec mieszania się wielkiej polityki do drobnych spraw. Zajęte walką o pozycję w kraju, partie polityczne nigdy nie poświęcą lokalnym problemom tyle uwagi, co miejscowi działacze i aktywiści i zawsze będą kierować się w swoich działaniach troską o ogólnopolskie sondaże. Taki ruch nie tylko zniechęci wielu aktywnych i rozsądnych ludzi do zajmowania się sprawami miast i regionów, ale na długo może zniszczyć pozycję samorządów, cieszących się dziś o wiele większym autorytetem niż władze państwowe. No, chyba że o to właśnie chodzi.