Co zeznał żołnierz, któremu kapitan Nicke uratował życie? Wracamy do sprawy śmierci na poligonie

Brama wjazdowa na teren toruńskiego poligonu - największego poligonu artyleryjskiego w Europie (fot. Łukasz Piecyk)

Śmierć kapitana Grzegorza Nicke wstrząsnęła Toruniem ponad rok temu. Stres sparaliżował wtedy młodego żołnierza na poligonie. Żyje dzięki ofiarności swojego przełożonego. Tymczasem prokuratura wojskowa nie znalazła winnego tamtej tragedii, a uzasadnienie umorzenia śledztwa sugeruje wręcz winę samego… Grzegorza Nicke.

Oficjalnych informacji o dochodzeniu w sprawie śmierci kapitana trzeba szukać w Poznaniu. Tamtejsza Wojskowa Prokuratura Garnizonowa prowadziła postępowanie w tej sprawie.

– Śledztwo toczyło się w sprawie nieostrożnego obchodzenia się ze środkiem walki w postaci granatu ręcznego F1 przez ustalonego żołnierza zawodowego CSAiU w Toruniu i przez to nieumyślne spowodowanie śmierci kapitana Nicke – brzmi formułka wypowiedziana przez płk Marcina Jaruszewicza, Wojskowego Prokuratora Garnizonowego w Poznaniu. – Zostało one zakończone poprzez wydanie postanowienia o jego umorzeniu.

Postanowienie jest prawomocne. Znacznie bardziej emocjonalne były reakcje służących razem z Grzegorzem Nicke zaraz po wypadku. Wszyscy byli pewni, a ślady nie pozostawiały wątpliwości, że uratował życie młokosowi, którego zjadła trema. W końcu dopiero drugi raz rzucał granatem.

– W toku postępowania badano odpowiedzialność zarówno żołnierza, który oddał feralny rzut, jak i osób odpowiedzialnych za przygotowanie ćwiczenia – rozwija swoją myśl płk Jaruszewicz. – Nie zebrano danych uzasadniających wydanie postanowienia o przedstawieniu zarzutów jakiejkolwiek osobie. Granat został rzucony na odległość zaledwie kilkudziesięciu centymetrów od okopu. Z nieustalonych przyczyn kpt. Nicke nie schował się po rzucie w okopie, w wyniku czego został rażony odłamkiem granatu, co w konsekwencji spowodowało jego śmierć.

Czyli nie ratował życia podwładnemu? Sam winien swojej śmierci? Znacznie rozmijają się te ustalenia z opisem sytuacji sprzed roku. Z nieoficjalnych informacji wiemy, że żołnierz, któremu Nicke uratował życie, przyjął specyficzną linię obrony. Miał w toku śledztwa zeznać, że kapitan kazał mu rzucić granatem na bliską odległość informując go, że rzuca atrapą. Na poligonie, gdy ćwiczy się z ostrą amunicją, stawiane są metalowe sylwetki wojskowych. Tego dnia były również ustawione, co zadaje kłam wersji młodego żołnierza.

Koledzy kapitana Nicke z obawami obserwują prawne perturbacje wokół tej sprawy i nie wyobrażają sobie, by wdowa ostatecznie nie otrzymała odszkodowania. I to porównywalnego z tymi, jakie otrzymały wdowy po oficerach, którzy zginęli w katastrofie wojskowej CASY i w katastrofie smoleńskiej. Przypominają, że w sierpniu czyn Grzegorza Nicke wpisano do Honorowej Księgi Czynów Żołnierskich, a wdowę przyjął prezydent RP Bronisław Komorowski.

Wątpliwości budzi podejście prokuratury, która raz stwierdza, że Grzegorz Nicke z nieustalonych przyczyn nie chował się w okopie i w wyniku tego dostał odłamkiem, a później mówi coś zgoła odmiennego:

– Nie stwierdzono, aby którakolwiek z osób funkcyjnych prowadzących ćwiczenie z rzutu granatem nie dopełniła w związku z tym ćwiczeniem obowiązków służbowych – wskazuje płk Jaruszewicz. – Jak ustalono na podstawie opinii biegłego, zeznań świadków, eksperymentu procesowego, do zdarzenia doszło na skutek zastosowania nieprawidłowej techniki rzutu granatem przez żołnierza wykonującego to ćwiczenie, wynikającej z braku doświadczenia i odpowiednich umiejętności w tym zakresie.

***
W tej sprawie jest wiele niejasności, a żołnierze w nieoficjalnych rozmowach wprost przyznają, że w tym przypadku wojsko działa przeciwko wojsku. Można zrozumieć linię obrony młodego żołnierza, chociaż nie jest ona honorowa. Wielu przewiduje, że nagle jedynym winnym okaże się sam Grzegorz Nicke, w myśl polskiej zasady, że wszystko można zwalić na zmarłego, bo jemu już nic nie zaszkodzi. Czyżby?
Do sprawy wrócimy.