Czy uliczni artyści mogą być wizytówką Torunia?

Uliczni artyści budują klimat rynków wielu miast (fot. Adam Zakrzewski)

Zdolnych osób w naszym mieście nie brakuje. Dość niechętnie wychodzą oni jednak na ulice Starego Miasta, żeby podzielić się swoimi inspiracjami z innymi. Idąc ulicą Szeroką dostaniesz wiele zaproszeń do lokali… nie tylko gastronomicznych, ale nie przystaniesz na długo, żeby posłuchać artysty, którego imię zapamiętasz na dłużej.

Stolice państw ościennych można rozpoznawać po naturszczykach, którzy wrośli w krajobraz centralnych punktów aglomeracji. Turyści wiedzą, że na praskim rynku spotkają rodzimych multiinstrumentalistów – codziennie dających koncerty na wysokim poziomie. Nie muszą też długo szukać pokazów fire show w najlepszym wydaniu czy freestyle footballu. Największe wrażenie robią nie punki rodem z zachodniej Europy, których dowcip nie jest najwyższych lotów, ale rodzimi mieszkańcy miasta. To oni potrafią najlepiej oddać jego klimat, którego nie poczujesz kartkując przewodnik. W Wiedniu mima (ulicznego „stacza”) spotkasz na każdym kroku. Wciela się najczęściej w księżną Sisi albo Mozarta. Stoi obok pałacu Schönbrunn nie bacząc na lejący się z nieba żar.

– Porównywanie Torunia do dużych miejscowości nie ma większego sensu – mówi Katarzyna Mierzejewska, podróżniczka z wieloletnim stażem. – Takie ambicje są zdecydowanie nieuzasadnione. Praga, Wiedeń czy nawet Kraków mają swoją renomę i elementy miejskiej kultury, z których gród Kopernika nie słynie. Mam wielu znajomych w Europie. Byli w naszym mieście, ale żaden uliczny artysta ich nie zafascynował i nie zapadł im w pamięć. Ale w porównaniu do innych polskich miast Toruń również wypada blado w takim zestawieniu.

Kultura kulturze nierówna

Mieszkańcy naszego miasta również z trudem wskazują charakterystyczne postacie.

– Był pan grający na łyżkach, ale od dłuższego czasu go nie widuję – mówi Agnieszka Zielińska, studentka kulturoznawstwa. – Często zaczepiał pary i wyśpiewywał dość rubaszne piosenki, ale był niezwykle sympatyczny i taktowny. Nie ma znaczenia na co zbierał. Znacznie istotniejsze jest to, że wnosił w krajobraz Starego Miasta pewien koloryt. Nie można tego powiedzieć o kolejnych osobach, które grają utwory „Dżemu”. Pomijam już fakt częstego braku słuchu, bo nie to jest najgorsze. Oryginalności w tym nie ma żadnej.

W nieco brzydszą pogodę w środku dnia czasami trudno spotkać jakąkolwiek postać, która pozwoliłaby zatrzymać się na chwilę podczas spaceru.

– Pracuję w centrum miasta od kilku lat – mówi Paweł Modzelewski, agent ubezpieczeniowy. – Pana zawodzącego na skrzypkach ciężko się już słucha. Żonglerka pojawiająca się raz na jakiś czas jest średnich lotów. W zasadzie zatrzymuję się tylko wtedy, gdy ładne studentki grają na ulicy Szerokiej, ale to ze względów estetycznych głównie, a nie artystycznych.

W Poznaniu i Wrocławiu znacznie lepiej

Podobne zdanie mają również turyści.

– Słabo to wygląda u was – mówi Rafał Mijański z Gdańska. – Spodziewałem się znacznie więcej. Nie ma nawet pchlego targu z prawdziwego zdarzenia. Z żoną chętnie przystajemy przy ulicznych artystach i wrzucamy kilka złotych, ale dziś nie mieliśmy nawet takiej okazji. Tandeta na straganach jest wszędzie. Byliśmy w tym roku w Poznaniu i Wrocławiu. Tam jest zatrzęsienie osób zarabiających poprzez uliczną sztukę. Czasami to aż przytłacza.

W tak dużym skupisku studentów, aż trudno uwierzyć, że nie ma perełek, o których można wspomnieć. Trudno też szukać w starszych pokoleniach kulturalnego ducha miasta. A przecież kultura, to nie tylko muzea, galerie, teatry czy festiwale. To coś znacznie więcej. Oddolnego fermentu artystycznego jednak nie czuć. Więcej jest go na Bydgoskim Przedmieściu niż Starym Mieście. Zapraszanie gwiazd disco-polo np. zespołu Bayer Full, raczej tego nie zmieni. Są jednak promyki nadziei.

– W poprzednich latach było lepiej, bo częściej spotykało się malarzy czy karykaturzystów, a i muzycy więcej z siebie dawali – mówi barman jednego ze staromiejskich pubów. – W klubach pojawia się jednak wiele osób, które mają niebagatelne umiejętności. Może warto byłoby pomyśleć o jakiejś formie przeglądu dla takich osób? Trzeba pobudzić ich aktywność, żebyśmy nie byli kojarzeni jedynie z miastem kościołów, pomnikiem Kopernika i osłem, na którym można usiąść i zrobić sobie zdjęcie.