Do Jemenu nie wrócą

Bomby zrzucane z samolotów zabijają niewinnych cywilów. O tej wojnie świat milczy (fot. Łukasz Piecyk)

Z perspektywy polityki imigranci są falą bezimiennych uchodźców, która ma zostać podzielona na poszczególne państwa. Łatwo zapomnieć, że to suma niepowtarzalnych historii osób, którzy tracąc wszystko ratują swoje życie. Z jemeńskiego piekła do Torunia trafiła Teresa Bukirow z mężem oraz dziećmi. To właśnie tu zaczynają wszystko od nowa, bo wrócić nie mają dokąd.

Do Torunia przyjechali 5 kwietnia 2015 roku. Wśród tysiąca uchodźców, dostali się na statek wojenny. Z miejscowości Aden przedostali się do Dżibuti, następnie przez Stambuł dostali się do Warszawy. Wyjazd uratował im życie.

– Pierwsza bomba spadła na miejskie lotnisko w połowie marca – mówi Teresa Bukirow. – Celem drugiej była rosyjska ambasada. Trzecia odebrała nam marzenia – zniszczyła dom, zabiła kilkunastu niewinnych nastolatków. To, że żyjemy jest cudem.

Dźwięk spadającej bomby przypomina świst samolotu. Chwilę przed głośnym wybuchem następuje cisza, zapowiadająca wielkie zniszczenia. W Sanie, stolicy kraju, bombardują nieustannie. Giną dzieci, kobiety i staruszkowie. Wojna jest tragedią ludzi. Nie ma światła, wody ani gazu. Pomoc też niby jest, ale jej nie ma. Nie ma nic.

– W Jemenie mieszkaliśmy dwa kilometry od lotniska – wspomina Hamid Bukirow – Teraz w promieniu kilku kilometrów nie ma nic, a po ulicach biegają ludzie z kałasznikowami. Wydarzenia na wschodzie śledzimy dzięki naszym przyjaciołom, którzy tam zostali. Nie do końca wiemy, dlaczego tak naprawdę ta wojna wybuchła.

Uciekli przed śmiercią razem. On ceniony jemeński lekarz okulista, ona wspaniała i kochająca żona, matka czwórki dzieci. Poznali się przez przypadek, pokochali na całe życie.

– Ja byłam żądną poznania świata studentką, mój przyszły mąż studentem medycyny – opisuje dzień poznania pani Teresa. – W ten dzień miałam lecieć do Moskwy po południu. Zmieniłam jednak lot na poranny. W samolocie, nieznany mi wtedy chłopak, usiadł przypadkowo obok mnie. I tak siedzi do teraz.

Pan Hamid studiował w Moskwie, pani Teresa wróciła do Polski. Ich znajomość się jednak nie zakończyła. Pobrali się pod koniec 1979 roku. Rok później urodziła im się pierwsza córka. Mimo że dzieliło ich kilka tysięcy kilometrów, próbowali stworzyć prawdziwą rodzinę.

– Wspólnie zamieszkaliśmy dopiero, gdy zdecydowaliśmy się wyjechać do Jemenu – wspomina pani Teresa. – Był rok 1988. Państwo podzielone było wtedy na dwie części – północną i południową. Osiedliśmy w Aden, mieście portowym. Było trudno, ale trzeba było się dostosować do innej kultury, zachowując przy tym pewną odrębność. Z czasem mąż otworzył klinikę, stać było nas na utrzymanie domu.

Ani kliniki, ani domu dziś już nie ma. Sami przeżyli, choć o śmierć otarli się już trzy razy, podczas poprzednich wojen domowych w 1986 i 1994 roku.

– Mąż przez miesiąc pracował w szpitalu przy rannych – dodaje torunianka. – Nie miał możliwości

wyjścia. Pomagał wtedy przy operacjach. W 1994 roku w Jemenie mieszkaliśmy prawie do samego końca wojny. Ewakuowano nas ostatnim statkiem ONZ.

Wojna, która trwa w Jemenie, wybuchła nagle. Jest inna, niż ta domowa, toczona w latach dziewięćdziesiątych pomiędzy północą a południem. Teraz cała koalicja, w skład której wchodzi Arabia Saudyjska, Kuwejt, Katar, Sudan czy Jordania, napadła na Jemen. Bombardują codziennie. Huk przeplata się z ciszą.

– Świat o tej wojnie milczy – mówi cicho pan Hamid. – Nie wiemy, dlaczego. Jest tam pełna blokada. Nie latają samoloty, nie pływają statki. Ludzie umierają z głodu. W tej chwili nawet nie mamy dokąd wrócić. Dwa dni przed ewakuacją do żony zadzwoniła kobieta z ambasady. Podczas rozmowy poprosiła o ściszenie telewizora. To nie on jednak robił hałas. Pod oknem stał czołg, z drugiej strony wybuchały przeciwpancerne pociski.

Państwo Bukirowie na razie planują pozostać w Polsce. Choć bardzo chcieliby wrócić, tereny Jemenu opanowane są przez państwo islamskie i Al-Kaidę. Na uchodźstwie znajduje się także prezydent. Brak stabilizacji nie daje bezpieczeństwa, które małżeństwo chce zapewnić dzieciom.

– W Polsce otrzymaliśmy mieszkanie socjalne – dodaje pani Teresa. – Dostałam także pracę w Ośrodku Pomocy Rodzinie. W Jemenie zajmowałam się domem, mąż pracował jako okulista w swojej klinice. Dziś ja utrzymuję dom, mąż, kiedy nauczy się języka polskiego, również będzie mógł dostać pracę.

Od przyjazdu imigrantów do Polski minęło już pół roku. Zaczynając od zera, powoli stają na nogi. Jedna z trzech córek idzie w październiku na studia, pan Hamid rozpocznie kurs języka polskiego. W domu wciąż mówią po rosyjsku i arabsku, a dzięki mamie, nastoletnie dzieci potrafią także rozmawiać po polsku.

– Choć każdy z nas zna inny język, wkrótce wszystkich połączy język polski – mówi kobieta. – Czujemy się Polakami i nimi jesteśmy, nawet mąż, mimo odmiennego koloru skóry. Na ulicy torunianie odbierają nas bardzo pozytywnie. Nie odczuliśmy ze strony mieszkańców żadnej niechęci, którą tak bardzo widać, gdy telewizja pokazuje marsze i manifestacje Polaków.

Dopóki pan Hamid nie rozpocznie nauki, w domu wciąż słychać będzie rosyjski – ich rosyjski, bo jak zaznacza pani Teresa, posługują się słowami znanymi tylko sobie. Język zna z telewizji, a także z potrzeby komunikacji z sąsiadami w Jemenie. Teraz po rosyjsku czyta nawet książki.

– Mimo że jestem Polką, w Jemenie nie odczułam z tego powodu żadnego odrzucenia – podsumowuje kobieta. – Mieszkańcy Aden są bardzo przyjaźni. Od 38 lat nie spotkałam się z obelgami na tle rasowym czy religijnym. Gdyby rozdzielić politykę i ludzi, to jest to wspaniały kraj.

W rodzinie państwa Bukirow każdy ma prawo do swojego wyznania. Ona jest katoliczką, on muzułmaninem. Dwoje najstarszych dzieci – Monikę i Jaśminę ochrzcili, dwoje kolejnych – Diana i Kamil wybrali wiarę muzułmańską. Bo jak zaznaczają ich rodzice, religia jest na końcu, po edukacji i dobrym wychowaniu. Dzieci dorastają i wybierają to, co im odpowiada.

– Według muzułmańskiej religii judaizm, chrześcijaństwo i islam pochodzą od Boga – podsumowuje pan Hamid. – Stawiane są na jednej szali. Ważne, aby nieśli dobro i wierzyli w Boga. W takiego, którego nosi się w sercu.