Dr Łukasz Wojtkowski: Ameryka pokazała środkowy palec

fot. Filip Kowalkowski

O kampanii prezydenckiej w USA, skutkach wyboru Donalda Trumpa na kolejnego prezydenta i o tym, co to może oznaczać do Polski, rozmawiamy z amerykanistą z Katedry Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej UMK dr. Łukaszem Wojtkowskim.

 

Ameryka zdążyła przyzwyczaić nas do tego, że kampania prezydencka jest tam niesamowicie ostra. Jednak o tegorocznych wyborach mówi się jako o najbrutalniejszej kampanii w historii. Czy tak było w rzeczywistości?
Dla mnie była ona nie tyle brutalna, co zupełnie nieoparta o fakty, zwłaszcza ze strony Donalda Trumpa. W jego mniemaniu w tej kampanii można było mówić, co się tylko chce – to i tak się sprzeda, bo trafia na podatny grunt. Pozwalały mu też na to media i pozwalała mu na to partia, która nie starała się przywołać go do porządku. Starał się również rozbudzić wśród swoich wyborców sentyment za tym, co już minęło, i to się udało.

Do kogo mówił Trump?
Jego wypowiedzi nie były kierowane do jednej konkretnej grupy, ale do kilku, o których Trump wiedział, że jego przekaz może paść na podatny grunt. Mówił m.in. do klasy robotniczej ze Środkowego Zachodu Stanów Zjednoczonych (Midwest). Tam zaszły bardzo głębokie zmiany społeczno-ekonomiczne i dodatkowo jest to miejsce bardzo ważne z powodu arytmetyki wyborczej. To miejsce, które demokraci pomijają od dawna, co często się im zarzuca. Zachowują się tak, jakby w Ameryce istniało tylko Wschodnie i Zachodnie Wybrzeże.

Czy przyszło panu na myśl, że Donald Trump może wygrać?
Założyłem się o wino i przegrałem. Stawiałem na Clinton i wiedziałem, że Bernie Sanders nie wygra. Czułem, że Trump może zajść daleko – ale nie, że zostanie prezydentem. Wierzyłem w to niemal do końca. Jego triumf był możliwy też dzięki temu, że republikanie cierpią od kilku lat na kryzys przywództwa. Trumpowi udało się pozyskać zarówno tradycyjny elektorat konserwatywny, jak i np. ewangelicznych republikanów, co jest dość trudne – zważywszy na wszystkie zarzuty, jakie padły w jego stronę podczas kampanii. Nie wiem nawet, czy on jest republikaninem, ale po tym co mówi, jak mówi i jak się zachowuje, uważam go za białego suprematystę i faszystę. Takimi też ludźmi się otacza.

Z drugiej strony mieliśmy niesamowicie nudną Hillary Clinton, która być może jest bardzo dobrym politykiem i urzędnikiem, ale nie jest w stanie zbliżyć się do ludzi. Przez cały czas ma przyklejony do twarzy sztuczny uśmiech, stara się być blisko wyborców, ale to nie działa. Ona również pozwoliła mówić Trumpowi, co tylko przyszło mu do głowy.

Ameryka pokazała Clinton i establishmentowi środkowy palec, wybierając Trumpa?
Duża część ludzi była zmęczona i oburzona waszyngtońską polityką, którą reprezentowała Clinton. Zarówno ona, jak i amerykańskie elity od lat nie były w stanie dotrzeć do wielu tradycyjnych grup społeczeństwa, takich jak np. rolnicy lub klasa robotnicza. Trump doskonale wyczuł ich strach przed tym, że coraz więcej fabryk jest zamykanych, a w pozostałych pracują za niższe stawki robotnicy z Ameryki Płd. Kiedy tracisz pracę w USA, państwo ma ci niewiele do zaoferowania – poza tym, że musisz teraz szukać kolejnej pracy lub nawet dwóch. Trump był tu niesamowicie sprawny i skuteczny, wykorzystując te nastroje nostalgii za silną Ameryką.

Czy można mówić o podzielonej Ameryce na wzór tego, co obserwujemy np. w Polsce?
W pewnym sensie tak. Należy jednak ująć sprawę w kontekście globalnym. Od 20-30 lat globalny kapitalizm powoduje narastanie nierówności w społeczeństwie. Narodziła się bardzo duża grupa ludzi oburzonych tym stanem rzeczy. Do tego nakłada się kwestia terroryzmu muzułmańskiego. Polityczne sympatie społeczeństwa zaczynają przechodzić na stronę narracji odwołującej się do wspólnoty zamkniętej, narodowej. Ten zwrot przybiera różne twarze: PiS-u w Polsce, Brexitu w Anglii, Le Pen we Francji, prawicowego zwrotu w całej Europie Środkowej i Wschodniej itd.

Jak wybór Trumpa na prezydenta wpłynie na stosunki Polski z USA?
Jeśli Trump będzie się trzymał tego, co mówił podczas kampanii, to szykują się strasznie trudne lata. Martwi zwłaszcza zapowiedź nieingerowania w agresywne posunięcia Rosji, nawet jeśli ta będzie upominać się o terytoria członków NATO. Rosja gra na nacjonalistycznych sentymentach, zarówno wspierając partie prawicowe w Europie, jak i ciepło wypowiadając się o Trumpie, słusznie licząc na jego wzajemność. Być może za 3-4 lata nie będziemy już żyć w świecie, jaki znamy teraz.