Edyta Herbuś: Nie ściemniać, nie udawać

Cieszę się, że otwierają się przede mną wielkie sceny. Zbieram doświadczenie, idą nieznaną mi drogą - mówi Edyta Herbuś (fot. Łukasz Piecyk)

Dwa krzesła, kartka i one – artystki dwóch różnych światów od roku razem odsłaniają swoje najgłębsze emocje w duodramie „Diwa”. Z debiutującą na deskach teatru Edytą Herbuś i damą polskiej sceny Małgorzatą Bogdańską rozmawiał Michał Ciechowski.

„Diwą” zaglądacie w głąb ludzkich emocji.

MB: Kilka razy usłyszeliśmy, że spektakl jest terapeutyczny. Otwieramy widza na emocje, które odnajdujemy u siebie. Wspólna wibracja to budulec dramatu, który oparty jest na aktorze. W trwającej ciszy wytwarza się charakterystyczna chemia, która łączy artystę z widzem. I to właśnie dla tych chwil warto uprawiać ten zawód.

Spektakl skierowany jest głównie do kobiet. Co z niego wyniosą mężczyźni?

EH: Mówimy o kobietach, bo taka jest treść duodramatu, jednakże główną rolę grają tu emocje. Między wierszami dostrzec można problem obopólnego niezrozumienia. Zamiast walczyć o uwagę, zainteresowanie innych i sukcesy, warto pomyśleć o lepszym wyrażaniu swoich emocji i potrzeb naszym najbliższym. A te każdy interpretuje przez pryzmat swoich braków. MB: Sztuka to doskonałe odniesienie do relacji damsko-męskich. Szukając wspólnych cech, zapraszamy się do swoich światów. Spektaklem gramy na najdelikatniejszych strunach w człowieku.

Debiutująca w dramacie Edyta Herbuś i dama polskiej sceny Małgorzata Bogdańska – nie bez przyczyny to akurat Panie wykreowały postaci w tym spektaklu.

EH: Jest to pewne uproszczenie. Helena, którą gra Małgosia, jest aktorką starszej daty i żyje w niej przekonanie, jakoby prawdziwy sukces zbudowany jest na cierpieniu. Lana, jej córka, buntuje się przeciwko takiej postawie. Wie, że można być dobrym aktorem i nie płacić tak wysokiej za to ceny.

Mam wrażenie, że Helenę boli przemijanie. Aktor nieutrwalony na taśmie jest zapomniany?

MB: Ten problem w niej narasta. Kiedyś grała główne role, dziś odchodzi. W jej ślady wchodzi córka. Boi się stwierdzić, że ta może być równie dobra, jak ona. EH: Helena poświęciła teatrowi wszystko. I to jest kluczowa kwestia.

Panie zaś wiele poświęciły dla spektaklu. Odniósł on niesamowity sukces.

EH: Każda kobieta marzy o takiej roli. Fantastyczne wsparcie reżysera pozwoliło nam stworzyć coś pięknego i otworzyć się na nowe doznania. MB: Edyta obawiała się, że widzowie będą przychodzić i sprawdzać, jak się z tą rolą mierzy. Na scenie spotkały się kobiety, które kochają teatr. Gdy rozpoczynałyśmy pracę nad „Diwą”, nasz budżet był zerowy. Każdy z nas włożył w ten projekt całe swoje serce. Bo bez teatru aktor nie istnieje. Tu są emocje, które widać na naszych twarzach. Spektakl zmienia nam rysy. Ale dzięki temu przedstawienie jest autentyczne.

Jak na pustej scenie wytworzyć taką intymność?

EH: Uczciwość i otwarte serca – to jest podstawa. Nie ściemniać, nie udawać.

Pani Edyto, dramat Panią wciąga…

EH: Mam wrażenie, że nawet mnie przytłoczył. Ubiegły rok upłynął mi pod znakiem ról dramatycznych, zarówno w teatrze, serialu, jak i filmie. Na początku była „Diwa”, później film „Miłość w mieście ogrodów”, gdzie zagrałam tancerkę, która w wyniku wypadku traci władzę w nogach. Niedawno skończyłam zdjęcia do serialu, w którym wcielam się w postać Poli Negri. Dziś mam potrzebę opowiedzieć historię poprzez uśmiech.

Spektakl „Diwa” kończy Pani monologiem: „Jestem niezmiernie szczęśliwa i dumna, że mogę stać na deskach sceny, która, mam nadzieję, będzie moim domem”. Jest już?

EH: Chyba za wcześnie na takie stwierdzenia. To są dopiero moje plany. Cieszę się, że otwierają się przede mną wielkie sceny. Zbieram doświadczenie, idą nieznaną mi drogą. Każdy dzień mnie umacnia i czyni świadomą artystką, która otrzymuje coraz więcej narzędzi do rzeźbienia siebie i swoich marzeń. Nie chcę spełnić ich za szybko.