Fort I mógłby być prawdziwą atrakcją turystyczną. Jest jednak ruiną [zdjęcia]

Biuro projektowe Czesława Bieleckiego proponuje, aby w Forcie I pojawił się... kluby nocne (fot. Łukasz Piecyk)

Tu nie ma zwiedzających w klapkach. W tym mrocznym, pełnym tajemnic i wilgoci świecie, zaleca się stroje ochronne. Z milionów turystów przewijających się przez Toruń, tylko nieliczni poznali jego wielki, zapomniany skarb.

Turystyka forteczna kwitnie na świecie. Ludzi, którzy chcą poznawać tajemnice tych niezwykłych budowli, przybywa. To część mody na kwalifikowaną turystykę historyczną. Jej zwolennicy wzrok kierują na Polskę, bo słyniemy z bogactwa takiej architektury. Zaś wśród najatrakcyjniejszych pod tym względem miast, Toruń wymieniany jest w pierwszej piątce. Są tacy, dla których mniej liczy się gotyk na dotyk, marzą zaś, by znaleźć się pod staliwowo-ołowianą kopułą wieży baterii pancernej, wśród urządzeń pamiętających I wojnę światową. Tego nie doświadczą nigdzie indziej na świecie.

– Jak wiadomo, w Twierdzy Toruń mamy piętnaście fortów i łącznie około 200 budowli fortecznych, czyli różnego rodzaju schronów, na międzypolach. Centrum miasta otoczone jest nimi w promieniu ok. czterech kilometrów. Taki Poznań, twierdza niegdyś podobna, ma zdecydowanie mniej zachowanych budowli, ale są one lepiej utrzymane i eksponowane. Tam się tym chwalą. Toruń to swoje drugie, pruskie oblicze trzyma ciągle w cieniu – mówi Robert Kęsy, przewodnik po toruńskich fortach i ratownik medyczny.

Ruszamy na wycieczkę. Podobne organizowane są dla wyspecjalizowanych grup, które potrafią przyjechać do Torunia tylko w tym celu. Czołówki na głowach uczestników to norma.

– Umawiają się z nami nauczyciele, którzy chcą zaszczepić dzieciakom zamiłowanie do historii oraz pasjonaci fortyfikacji. Mamy dla nich dziesiątki propozycji, tras mniej lub bardziej wymagających, ale, gdybyśmy mieli wskazać tę jedną, toruńską forteczną perełkę – to przyszlibyśmy z nimi właśnie tu – przyznaje Adama Kowalkowski, znawca toruńskich fortów i przewodnik miejski.

Stoimy na dziecińcu Fortu I. Jedynego pancernego w Twierdzy Toruń. Wówczas najnowocześniejszego na świecie. Podobny powstał tylko w Metz. Zadaniem jego liczącej 371 osób załogi było pokrycie ogniem czterech haubic 210 mm okolic ujścia Drwęcy, gdzie zaczynała się wówczas Rosja.

Wewnątrz łatwo się zgubić. Korytarze pną się w górę, opadają stromymi schodami w dół. Mijamy prochownię, pomieszczenie, w którym magazynowano 500 beczek prochu. Zachował się wąski korytarzyk wokół tej sporej sali. Zajrzeć do niej można przez małe okienka, gdzie niegdyś za grubą szybą palono tzw. bezpieczny ogień. Chodziło o zachowanie bezpieczeństwa – jedna iskra, a cała wiślana skarpa, na której stoi fort, wyleciałaby w powietrze. Moi przewodnicy wiedzą o tym miejscu wszystko. Potrafią odtworzyć zachowanie pruskiego żołnierza, który przestrzegał ścisłych procedur. Łatwo przenieść się w czasie…

Mijamy laboratorium, w którym przygotowywano pociski i materiał miotający. Szybkostrzelność nie była oszałamiająca – jeden wystrzał na 3 minuty. Ale za to efekt mógł być piorunujący. Inna rzecz, że tak jak cała Twierdza Toruń, bateria pancerna Fortu I nie została użyta w walce. Haubice fortu raz, w sierpniu 1914 roku, otworzyły ogień. Zniszczono stodołę i zabito źrebaka. Dowódcy fortu puściły nerwy, sądził że odpiera atak Rosjan.

Docieramy do centrum dowodzenia. W czasach Polski Ludowej wszędzie tu składowano wino. Olejne lamperie i kafelki z czasów komuny odpadają, odsłaniając pierwotny mur i stare napisy. Wreszcie schody prowadzące do jednej z wież. Do dziś istnieją trzy. Jedną w latach powojennych eksperymentalnie wysadzono, chcąc podobno sprawdzić ile wytrzyma kryjąca ją kopuła. Ale trzy wieże są, a w każdej ciągle czuje się obecność 12-osobowej załogi. To dlatego, że nadal są tu urządzenia nastawcze i ogromne lawety haubic. Brakuje tylko luf. I amunicji.

– Przewidywano wymianę lufy co 200 strzałów. Załoga mogła to zrobić jednak w każdej chwili – Adam Kowalkowski, podświetlając wąskie pomieszczenia reflektorem, tłumaczy krok po kroku, co należało zrobić, by ważąca 1300 kilogramów lufa, wysunęła się z lawety i zjechała po prowadnicach wzdłuż schodów. Wszystko się zachowało! Także precyzyjny mechanizm nastawiania kąta wzniesienia lufy. A gdy przewodnicy prześcigają się w dorzucaniu szczegółów technicznych, człowiek łapie jest na tym, że próbuje przekręcić wielkie koło nastawne.

– Taka wieża, w jakiej się znajdujemy, kosztowała 360 tysięcy marek. A toruński Dwór Artusa kosztował 640 tysięcy. To potwornie drogie urządzenia – podkreśla Robert Kęsy. – Wszystko tu było na najwyższym poziomie. Ale, tak jak cała twierdza, urządzenia te miały pecha – powstały w czasie przełomu technologicznego, wywołanego wynalezieniem bardziej efektywnego prochu bezdymnego. Tutejsze haubice, przystosowane do prochu czarnego, stały się nagle mało wydajne – ich zasięg okazał się mniejszy, niż artylerii wspomagającej o kalibrze 15 centymetrów.

Ilu wtajemniczonych poznało to miejsce? Zdaniem moich przewodników – nieliczni.

– A szkoda. Bo im więcej osób zwiedzających, tym większe szanse na zachowanie tego miejsca w stanie nienaruszonym. Złomiarze unikają miejsc często odwiedzanych, a to ich właśnie, wyposażonych w palniki, najbardziej się obawiamy – dodają pasjonaci, którzy, tak jak inne grupy miłośników toruńskich fortyfikacji, próbują zainteresować władze miejskie atrakcją, którą miasto – ich zdaniem – powinno się chwalić na cały świat.

Odwiedza nas rocznie 1,7 miliona turystów, dla nich Toruń to głównie Stare Miasto, Kopernik i pierniki. Toruń fortami się nie chwali, chętnym wskazuje się jedynie Fort IV odrestaurowany częściowo przez osobę prywatną. Pasjonaci, przewodnicy i znawcy fortów chcą to zmienić: oferują swą wiedzę, pomoc i ciągle podkreślają, że najcenniejsza jest właśnie ta bateria pancerna Fortu I. Dlatego z takim niedowierzaniem przyjęli wiadomość o planach zagospodarowania północnego przyczółka nowego mostu przez Wisłę, przygotowanych przez biuro projektowe Czesława Bieleckiego. Bo otóż nagle, ten wyjątkowy fort miałby się stać głównym elementem wielkiej miejskiej inwestycji przyszłości. Znany architekt przedstawił koncepcję, zgodnie z którą okolice Fortu I i lasek na wiślanej skarpie, miałyby się stać centrum rekreacyjnym Torunia. W Forcie I architekt wymyślił… kluby nocne.

– Nie wiem, czy to do końca przemyślane i po pierwsze, czy znajdą się na to pieniądze – zauważa Adam Kowalkowski. – Fort I jest zdecydowaniem mniejszy, niż Fort IV. Gdyby tu były tylko knajpy, poprowadzenie ścieżki dydaktycznej, a ta jest naszym zdaniem najcenniejsza, mijałoby się z celem. Z drugiej strony, każda inwestycja w tę budowlę, prowadzona oczywiście zgodnie ze sztuką konserwatorską, musi cieszyć. Najważniejsze, by unikatowa na skalę światową bateria pancerna nie uległa dewastacji. Odrestaurowana i łatwiej dostępna, byłaby bardzo popularną atrakcją. Może nadal nie dla turystów w klapkach, ale tysięcy innych odwiedzających nasze miasto.