Jacek Beszczyński agentem? Co robił jako TW „Tomek”?

Jacek Beszczyński figuruje w katach jako TW Tomek (fot. Adam Zakrzewski/archiwum)

Wokół Jacka Beszczyńskiego, znanego toruńskiego barda, konferansjera i dziennikarza od lat narastał kokon niedomówień. Plotkowano o jego współpracy z SB za jego plecami. Narastała wokół niego dziwna atmosfera…

„Bez muzyki nie żyje”. Tak zatytułowany był tekst o Jacku Beszczyńskim zamieszczony w 61 numerze dwutygodnika „Poza Toruń” 16 stycznia 2015. Beszczyński opowiadał barwnie o swoim życiu, pasjach, najlepszych koncertach. Redakcyjne telefony rozdzwoniły się już w dniu publikacji.

Dzwonili głównie, choć nie tylko, ludzie związani z dawną opozycją demokratyczną zauważając, że czegoś ważnego w tej skrótowej biografii Beszczyńskiego brakuje. I to akurat, ich zdaniem, tego najważniejszego. Okazuje się, że od pewnego czasu znane były SB-eckie papiery dotyczące Jacka Beszczyńskiego, wśród nich „oświadczenie”, zwane z spisie treści zachowanej teczki – „zobowiązaniem”. Dotarliśmy do tych dokumentów.

„W kontaktach z oficerem Służby Bezpieczeństwa ze względu na konspirację zainteresowań posługiwał się będę imieniem Tomek”. Ten fragment oświadczenia dla wielu jest dowodem na podjęcie świadomej współpracy z policją polityczną PRL. Gdy dodać do tego fragment SB-eckiego raportu z wnioskiem o wyrejestrowanie TW „Tomka” dwa lata później, gdzie mowa o 22 przekazanych przez niego pisemnych informacjach – obraz wydaje się kompletny. Dlatego są w Toruniu tacy, którzy sprawę uznają już za zamkniętą – dla nich Beszczyński to po prostu zwykły tajny współpracownik Służby Bezpieczeństwa, czyli TW. Tak o nim po cichu mówią i taką wokół niego tworzą atmosferę. A zarazem, co ważne, nikt jego samego nie pyta o tamte wydarzenia.
Redakcja „Tylko Toruń” postanowiła zestawić treść akt z wyjaśnieniami Jacka Beszczyńskiego. Ostatecznie pokazaliśmy mu jego teczkę…

– Tak, to jest ta kartka – przyznał od razu, gdy tylko rzucił okiem na „oświadczenie”. – Dyktował mi to jeden z SB-eków, drugi siedział za biurkiem. W życiu jakiegoś „Tomka” bym nie wymyślił…

Chwyt Służby Bezpieczeństwa jest precyzyjnie opisany w aktach. Jacek Beszczyński, wówczas, w kwietniu 1985 roku, kierownik klubu studenckiego „Imperial”, był głównym organizatorem zbliżających się właśnie Juwenaliów. Z donosu niejakiego TW „Szakal” (Jacka Partyki, który potem emigrował do Niemiec) Służba Bezpieczeństwa wiedziała, że latem 1982 roku w mieszkaniu Beszczyńskiego działacze Niezależnego Zrzeszenia Studentów przechowywali sporo nielegalnej bibuły. Tę informację SB-ecy traktowali jak asa w rękawie, który może być skutecznym hakiem na Beszczyńskiego, gdyby ich fortel zawiódł. Tak zwane pozyskanie TW miało odbyć się bowiem delikatniej, bez użycia haków, pod pozorem konieczności zabezpieczenia tylko tej jednej, jedynej imprezy, czyli Juwenaliów.

– Jest pan organizatorem imprezy – przypominali mi. A my prosimy tylko o informację w przypadku zmiany trasy przemarszu studentów ze Starówki do miasteczka akademickiego – wyjaśnia Jacek Beszczyński. – Zgodziłem się poinformować ich, oficjalnie, jeśli taka zmiana nastąpi. Przecież byłem głównym organizatorem, a to całe oświadczenie miało dotyczyć tylko tej sprawy…

A co piszą o tym sami SB-ecy? „Oświadczenie dyktowałem w tonie umiarkowanym, by nie zrazić (Beszczyńskiego)” – czytamy. I w innym miejscu: „TW pozyskany został w trybie doraźnym pozornie do innego celu”.

– Gdy wychodziłem z ich pokoju, jeden się szelmowsko do mnie uśmiechnął i powiedział: No, to teraz mamy cię – dodaje Beszczyński. – Jakie „mamy”? – pomyślałem wtedy. Ale, fakt, nachodzili mnie potem dość regularnie.

Z zachowanych akt wynika, że toruńska SB miała spore plany dotyczące TW „Tomka”. Sumiennie rozpisane przez SB-eków plany wykorzystania, szkolenia, kontroli i kombinacji operacyjnej z jego udziałem – to główna część teczki. Brakuje za to śladów realizacji tych planów.

SB chciała chociażby, by TW „Tomek” dotarł do lektora języka francuskiego, Francuza, najpewniej pacyfisty unikającego służby wojskowej w swoim kraju. Chodziło o to, by ostatecznie pozyskać obywatela Francji jako tajnego współpracownika albo, jeśli się nie ugnie przed szantażem, skompromitować go i doprowadzić wręcz do skandalu dyplomatycznego na dużą skalę.

– Francuz, Francuz? Nie kojarzę. Zresztą nigdy w życiu nie uczyłem się francuskiego – dziwi się Jacek Beszczyński. – Oni przychodzili, dość często do klubu. Co słychać? – pytali i tak dalej. To dawałem im na maszynie wypisany plan działań klubu na najbliższy miesiąc. To była informacja oficjalna dla władz uczelni i samych studentów. Jak gdzieś piszą w tych swoich papierach o jakichś moich informacjach na piśmie, to musiały to być właśnie te zestawienia. Niczego bowiem dla nich nie pisałem. Jestem tego pewien.

Spytaliśmy o opinię toruńskich historyków zajmujących się szczególnie tym okresem. Co charakterystyczne, w sprawie Jacka Beszczyńskiego nie chcieli się wypowiadać pod nazwiskami. By nie być uznani za prokuratorów, tak to tłumaczą. Ich zdaniem, są w aktach zapiski świadczące o tym, że Beszczyński powinien zdawać sobie sprawę z ciągłości współpracy, jaką rozpoczyna jego nieszczęsne, podyktowane mu, oświadczenie. Zwracają też uwagę na odręczną notatkę SB-eka prowadzącego, podporucznika Zbigniewa Makulskiego, że zadanie dotyczące obywatela Francji zostało TW „Tomek” „przekazane do wykonania”.

Ale śladu nigdzie nie ma, że cokolwiek zostało wykonane…

Tymczasem z akt wynika, że SB-ecy mają problem z namierzeniem Beszczyńskiego, bo ten zmienia pracę, a po dwóch latach, w 1987 roku, znika. Poszukują go w domu rodzinnym, ustalają, że wyprowadził się w okolice Bielska-Białej.

– Wyjechałem z powodów czysto prywatnych. Musiałem zmienić otoczenie. Miałem pracować w sanatorium w Ustroniu, a w końcu trafiłem do domu kultury w Bielsku-Białej – tłumaczy i zapewnia, że absolutnie nie chodziło o ucieczkę przed kontaktami z SB. – Miałem to gdzieś. Nie traktowałem ich poważnie. Miałem ważniejsze problemy. I dlatego wyjechałem. Ja naprawdę nie zdawałem sobie sprawy, że dla nich jestem jakimś TW…

Dla historyków najważniejsze w ocenie współpracy z SB jest ustalenie, jaką realnie działalność prowadził TW, jakie przekazywał informacje. By to ustalić potrzeba donosów TW o pseudonimie „Tomek”. Tych jednak brak, zarówno w zachowanej teczce, jak i, co ważniejsze, w dotychczas przebadanych przez historyków materiałach. Nie kojarzy się im żaden TW „Tomek”, którego informacje byłyby wykorzystane przy rozpracowywaniu figurantów, którymi zajmowała się toruńska SB.

– Bo nic nie mówiłem SB-ekom i nie pisałem niczego dla nich – przekonuje Jacek Beszczyński. – Powtarzam, dostawali ode mnie tylko te oficjalne plany działalności klubu. Potem zatrudniłem się w Wojewódzkim Domu Kultury na Piastowskiej i kontakty się pourywały. Ostatecznie wyjechałem na południe i zapomniałem o całej sprawie.

Czy jest możliwe, by TW „Tomek” przekazywał cenne dla SB informacje, a ślad tej działalności nie znalazł się w poznanych do dziś aktach spraw operacyjnych? – pytamy historyków. Przyznają, że jest to bardzo mało prawdopodobne.

– Lektura mojej teczki mną wstrząsnęła – podkreśla Jacek Beszczyński. – Ale jeden dokument, wręcz przeciwnie, mnie ujął. Ta opinia z wojska… – wyciąga pożółkłą fotokopię i czyta: – „Wymieniony prezentował negatywny stosunek do zachodzących przemian w kraju… śpiewał piosenki o treści antysocjalistycznej, a po komunikacie o zgonie Jurija Andropowa wyraził się: może w końcu rozpierdoli się ten komunizm. Był żołnierzem niezdyscyplinowanym i niepoprawnym”. Chyba sobie to powieszę na ścianie. Szef wydziału Wojskowej Służby Wewnętrznej 7 Dywizji Desantowej, major magister Ryszard Bocianowski, tak trafnie mnie ocenił…

***

Ten tekst odleżał się w naszej redakcji blisko rok. Powstał w marcu 2015. Już wtedy w Toruniu huczało o podejrzanych faktach z życia znanego pieśniarza, dziennikarza i wziętego konferansjera, Jacka Beszczyńskiego. Jego teczka tajnego współpracownika SB krążyła po Toruniu. Druk tekstu jednak ostatecznie wstrzymaliśmy. Dlaczego? Bo brakowało i brakuje zresztą do dziś dowodów, w postaci choćby śladów konkretnych donosów, szkodliwej działalności TW „Tomka”. Sam Jacek Beszczyński zapewniał, że rozumie wyjaśniającą, a nawet w pewnym sensie oczyszczającą rolę tego tekstu. Ostatecznie jednak apelował, by tej sprawy nie nagłaśniać. Ugięliśmy się. Ostatnio jednak, najpewniej na skutek uhonorowania Beszczyńskiego medalem „Thorunium”, znowu zrobiło się o sprawie głośno. Toruń zalały plotki o wiele bardziej krzywdzące dla pieśniarza, niż to, co przekazuje teczka i ustalili historycy. Dlatego zdecydowaliśmy się tekst zdjąć z półki i zamieścić na łamach.