Jacek Hugo-Bader: Z moich bohaterów wypruwam flaki

Jacek Hugo-Bader jest autorem "Dzienników kołymskich".

– Kiedy na Trakcie Kołymskim sikasz po raz pierwszy, masz dużą szansę nasikania na człowieka – mówi Jacek Hugo-Bader. Z autorem „Dzienników kołymskich” o jego rosyjskich doświadczeniach rozmawia Robert Kamiński. 

Sylvia Plath powiedziała kiedyś o języku niemieckim, że brzmi, jakby był poskręcany z drutu kolczastego. Co powiedziałby pan o języku rosyjskim? 

Tak trafnie jak Plath to na pewno nie powiem. Ale postaram się. Język rosyjski to najlepszy język do wyrażania czułości. Na ile sposobów da się powiedzieć: babcia, babuszka, babula, babuleńka, babuliczka… Tak samo da się o matce, o dzieciach. Do wyrażania czułości to język lepszy od każdego innego.

Sam o sobie mówi pan, że jest reporterem trotuarowym. Że obserwuje świat z perspektywy wałęsającego się psa. Czego pan na tym padole szuka? 

Przede wszystkim bohatera. Takie jest zadanie reportera. To mój wybór, gdzie szukam. Moi bohaterowie są na ulicy. Do każdego tematu możesz sobie wybrać, gdzie będziesz szukał. Albo na salonach, albo pod ścianami kamienic. Wolę na trotuarach nie tylko dlatego, że tacy ludzie są bliżsi mojemu sercu, ale również dlatego, że moja poetyka jest taka. Są po prostu ciekawsi do opowiedzenia, jeśli idzie o moje umiejętności reporterskie.

Mawia pan, że stać pana na bardzo wiele. Może pan długo nie jeść, długo nie pić. Czy chciałby pan spróbować ludzkiego mięsa? Pytam, rzecz jasna, w perspektywie pańskich doświadczeń na Kołymie

Oczywiście, że bym nie chciał. Modlę się, żebym nigdy nie musiał się w takiej sytuacji znaleźć.

Jest pan, zdaje się, jedyną osobą, której mogłem takie pytanie zadać. Czy wyobraża pan sobie, że zadaję je, dajmy na to, Irenie Santor? 

Tak, z pewnością mógł pan. To ta reporterska ciekawość, która mnie samego napędza. To prucie flaków, które tak mnie kręci… Ale wracając do pytania. Nigdy nie chciałbym się znaleźć w takiej sytuacji. Żeby to zrobić, trzeba by się znaleźć w nieludzkim położeniu. Choć na pewno na Kołymie przyszłoby to o wiele łatwiej niż gdziekolwiek indziej. Na szczęście nigdy nie byłem w sytuacji walki o życie.

Czy szanujący się reporter musi czasem przekląć? Nazwać rzecz po imieniu, bo inaczej się nie da? 

Jeżeli używam wulgaryzmu, to znaczy, że taki jest mój stan emocji. Jako młodemu reporterowi niemal w ogóle mi się to nie zdarzało. To przychodzi z wiekiem. Ostatnio złapałem się na tym, że rozmawiałem z gimnazjalistami i posunąłem mięsem. Oczywiście nie całą wiąchę, ale jedno słowo mi się wyrwało. Z wiekiem staję się coraz bardziej emocjonalny. To tematy, którymi się zajmuję, wywołują moje emocje. Zresztą: innych nie tykam.

Jadąc na wschód, wiedział pan, na co się porywa. Nie bał się pan, czy wystarczy panu wątroby? 

Doskonale wiem, dokąd jeżdżę. Nie wystarczy jednak powiedzieć, że wiedziałem. Trzeba to rozumieć. Ja z moich bohaterów wypruwam flaki. Nie chcę z nimi rozmawiać o rzeczach błahych. Chcę zejść na samo dno ludzkiej duszy. Mnie interesuje to, o czym nigdy nie chcą mówić. Dlatego w pewnym momencie mają potrzebę, żeby się znieczulić. Jak przechodzimy do rzeczy bolesnych, do ludzkich dramatów, to człowiek z szafki wyjmuje flaszkę. Co mam mu wtedy powiedzieć? Że obiecałem żonie, że nie będę pił? Żeby napił się sam? To byłby koniec rozmowy. Jak chcesz pruć z ludzi flaki, z Rosjan zwłaszcza, to przygotuj się na to, że swój mały ocean wypić musisz.

Jak to jest przejść Trakt Kołymski

Kiedy sikasz tam po raz pierwszy, to myślisz, że masz dużą szansę nasikania na człowieka. Ta myśl: przecież tu, pod moimi stopami może leżeć człowiek. Może nawet jakiś polski żołnierzyk z kampanii wrześniowej. Tak naprawdę jestem przecież na cmentarzu. Najdłuższym cmentarzu świata. Fizjologia jest jednak fizjologią. Trzeba sobie z tym jakoś poradzić.

Czy dałby się pan zamknąć do obozu, podobnie jak rotmistrz Pilecki, po to tylko, by się dowiedzieć, jak tam jest? Po to tylko, by potem zrobić z tego reportaż? 

Ciekawości z pewnością by mi starczyło. Nie mam jednak pewności, czy miałbym tyle odwagi. Jako reporter staram się unikać sytuacji ryzykownych. Bo to żadna sztuka dać się zatłuc w jakiś głupi sposób. Moim zadaniem jest przynieść opowieść do domu. Nie mówiąc już o tym, że komuś tam jest się jeszcze potrzebnym. Ciekawość reporterską mam niesamowitą, ale cholera wie, czy miałbym tyle odwagi.

Jakie to uczucie pić wódkę z Natalią Nikołajewną Jeżow

Niezwykłe. Nikt nie wiedział, że ktoś taki istnieje. Nawet sąsiadka mieszkająca piętro niżej. To tak, jakby na pana klatce mieszkał syn Kiszczaka czy Jaruzela, a pan o tym nie wiedział. Spałem u niej w przedpokoju na karimacie pod portretem ojca. Ona oczywiście doskonale wie, że jej ojciec był największym zbrodniarzem, jakiego wydała ziemia rosyjska, uwzględniając także Iwana Groźnego. A jednak jego portret trzyma. To tak, jakby syn Goebbelsa powiesił sobie w salonie portret ojca. W Niemczech coś podobnego byłoby nie do pomyślenia. W Rosji jak najbardziej.

Fascynacja Rosją, Kołymą zwłaszcza, to coś, co jak raz złapie za gardło, raczej już nie puści… 

W istocie. Nazywają ją „biegunem okrucieństwa”. Kto wymyślił taką nazwę? Nawet o Auschwitz tak się nie mówi. Jak można żyć na biegunie okrucieństwa? To pytanie fascynowało i będzie mnie fascynować już zawsze. A propos… Jak można być reporterem w Danii czy Szwajcarii?