Jan Wyrowiński: Nie pojawiam się na marszach w obronie Wałęsy

- To chichot historii, że Wałęsę broni dziś środowisko, które psy na nim wieszało, gdy był kandydatem na prezydenta - uważa Jan Wyrowiński (fot. Łukasz Piecyk)

Jan Wyrowiński, poseł i senator czynny w polityce od roku 1980, utożsamiany z „Solidarnością”, tłumaczy – w rozmowie z Jackiem Kiełpińskim – dlaczego nie pójdzie na marsz w obronie Lecha Wałęsy.

Jak Pan patrzy na sprawę teczki „Bolka”?
Nie mam żadnych podstaw, by sądzić, że dokumenty, które trzymał Kiszczak są trefne. Szef policji wiedział, co ma. To jest ten ponury epizod w życiu Wałęsy, który on starał się zatrzeć i używał do tego swej władzy, gdy był prezydentem. Ja to wszystko bardzo przeżyłem i przeżywam. Jego historia ma bowiem wpływ na moją historię. Tego nie da się rozplątać już w tej chwili. To jest taka skaza, której nie da się usunąć. A mógł przecież ktoś inny chwycić wtedy za ster, to był przypadek, że akurat on się znalazł.

A może to jednak nie przypadek?
Może. Wiem, że tak wielu uważa. Gdybym jednak uwierzył, że przez Wałęsę Służba Bezpieczeństwa sterowała całym ruchem, to bym napluł na historię moich kolegów, przyjaciół. Zakładając nawet najczarniejszy scenariusz, że jednak to oddziaływanie służb poprzez „Bolka” było, to i tak większość z nas zna swoje życiorysy i wie, co koledzy robili, że to miało sens i złożyło się na wolną Polskę. Ale teraz to wszystko jest poddawane w ocenie. To jest szczególnie bolesne.

Oceniają często ludzie młodzi, którzy nie mają pojęcia o tamtych czasach.
Kończyłem studia na Politechnice Gdańskiej w grudniu 1970 roku. Oczywiście, nie miałem wtedy pojęcia, że jest ktoś taki jak Lech Wałęsa. Pamiętam atmosferę tamtego czasu, tego się nie da opisać, tej grozy czającej się na każdym kroku, tej brutalności systemu, milicjantów, wojska. Wiemy, że służby ponad dwieście osób w stoczni wtedy zwerbowały. Rozumiem to gadanie, że nie wiadomo, jak by się ktoś zachował. Zdaję sobie sprawę, też miałem kilka krytycznych sytuacji w swoim życiu. Ale były przecież setki nieudanych prób zwerbowania, także tych, których on wtedy pogrążył. Oni się nie zgodzili za jakąś cenę. Najgorsze w Wałęsie jest to, że on to wyparł z siebie. Dziś nie można wyciąć Wałęsy z historii. Nie można też się zgodzić z tezą Wyszkowskiego, że wszystko w tamtym czasie było dziełem SB. Nie było. Ludzie ogólnie im nie ulegali. Trzeba analizować owoc.

Może byłby to owoc innym, gdyby nie gen SB?
Może inny. Wiemy, że później dwustu tajnych współpracowników SB, którzy byli delegatami na zjazd „Solidarności”, miało instrukcję, by głosować na Wałęsę. Był wygodniejszy dla wszystkich. Dla władzy i centrowego nurtu „Solidarności”. Ale przecież „S” to nie tylko Wałęsa, to tysiące ludzi. Był na czele, bo miał cechy przywódcy i Borusewicz podjął decyzję, że to on będzie na czele. Mimo znajomości tego ciemnego epizodu, bo oni w środowisku Wolnych Związków Zawodowych to wiedzieli. Ale sobie nie wyobrażam, by to wszystko, co było naszym udziałem, to był scenariusz pisany przez SB.

W 1989 roku system się chwiał, więc może jednak okrągły stół miał być, bezpiecznym dla władzy, sterowanym lądowaniem?
Ten co ma teraz stawać na pomnikach, Lech Kaczyński, przecież też tam był i się wypowiadał wtedy pozytywnie. W tamtym momencie to był sposób, by w miarę bezkrwawo w tego wyjść. Alternatywą była konfrontacja. Zresztą, jaka była wówczas „S” w 1989 roku?

Też dość słaba.
Właśnie. Nie wykluczam sterowania poprzez Wałęsę. Ale też wierzę, że nie był do końca ich człowiekiem. Był przecież świadom swojej siły, a tą siłą byliśmy my. Setki tysięcy ludzi zaangażowanych w działalność, niesionych ideą, wzmacniających go. I on to czuł. Patrzeć trzeba, powtarzam, na ostateczny efekt. Przy najgorszym nawet scenariuszu, efekt był dla Polski pozytywny. Sama „Solidarność” nie była w scenariuszu SB. Ten ruch narodził się spontanicznie. SB-ecy starali się wpływać, to jasne, ale ostateczny efekt nie do końca był po ich myśli.

W podręcznikach historii trzeba to będzie jakoś ująć.
Czeka nas pewna korekta. Niech się nad tym głowią historycy. Nie można o tym nie mówić. Trzeba stanąć w prawdzie. To jest absolutnie potrzebne. Wałęsie też to jest potrzebne. Dowodem, że im się to sterowanie wymykało z rąk jest stan wojenny. Nawet zakładając, że sterowanych było więcej, służby nie były w stanie tego ruchu powstrzymać, nie były w stanie opanować podziemia. Nie byłoby okrągłego stołu, gdyby nie było podziemia, bo nie byłoby z kim gadać.

Zna Pan powiedzenie „bo skończysz jak Zyzak”? Chodzi o autora pierwszej krytycznej biografii Wałęsy, który łatwego życia potem nie miał.
Skandaliczne było wieszanie psów na nim i na Cenckiewiczu. Skandalicznie rozprawiał się Wałęsa z tymi, którzy próbowali dochodzić prawdy. Albo to wyrywanie przez Wałęsę niewygodnych kart z dokumentacji. Albo te powtarzane teraz przez niego głupoty o rzekomym kwitowaniu pieniędzy na samochód dla SB-eka…

Ale w obronie Wałęsy organizowane są dziś marsze.
Bo część ludzi uważa, że deprecjacja Wałęsy służy PiS-owi. Stąd opieranie ruchu KOD na Wałęsie. Ja na tych marszach się nie pojawiam. Nie jestem sympatykiem PiS, nigdy nie byłem, ale opieranie się dziś na Wałęsie… nie, nie. Jeżeli na czymkolwiek miałbym się opierać, to na „Solidarności” jako całości, na ruchu, ale nie na Wałęsie.

Lech zastąpi Lecha?
Można ze śmierci budować legendę, ale nie wierzę w to, bo skala zaangażowania i zdolności przywódczych Kaczyńskiego były mniejsze. A Wałęsa był przywódcą. Mógł wówczas na czele stanąć Gwiazda, mogli inni, ale stanął Wałęsa.

Kogo ta awantura cieszy?
Dawnych funkcjonariuszy. Świetnie się bawią. Efekt tego, co robili dociera do nich teraz zwielokrotniony. Cieszą się też Rosjanie. A najgorzej, że młodzi ludzie zaczynają patrzeć na tamte czasy, między innymi za sprawą wypowiedzi Wałęsy, jak na okres, w którym wszyscy coś podpisywali, jakoś tam się umoczyli. A to nieprawda. Nie wszyscy podpisywali. Pluje się w twarz w ten sposób tym, którzy nie podpisali, a byli w sytuacjach potwornych.

Co Pan radziłby Wałęsie?
Przeprosić po pierwsze tych, których skrzywdził. Wytłumaczyć się twardo z tej potencjalnej tezy, że jego przeszłość miała wpływ na to, co robił potem, gdy był przywódcą. Ale on tego raczej nie zrobi. Pewnie pójdzie w zaparte. Dalej będzie mówił, że sam obalił komunę. Ja, ja, sam, sam. A częściowo to myśmy go zepsuli: szkoły jego imienia, port lotniczy… To chichot historii, że broni go dziś środowisko, które psy na nim wieszało, gdy był kandydatem na prezydenta. Czego bronią? Swej nieskalanej historii? Nie bójmy się prawdy. Bo więcej i tak zostanie jasności niż szarości, mimo skazy przywódcy. Jasności wypływającej z serca, z nadziei nie damy sobie wyrwać. Bo naprawdę nie wszyscy podpisali. Zrobili to nieliczni. Dlatego wygraliśmy. I to niech zapamięta historia.