Jaś oraz Oluś walczą z hipoplazją lewej komory serca

Rodzice Jasia zbierają pieniądze na kosztowną operację w Niemczech (fot. Łukasz Piecyk)

Mały Oluś właśnie przyszedł na świat i rozpocznie taką samą walkę, jak niespełna 3-letni Jaś – o zdrowie i życie. Wrodzone wady serca lekarze wykryli u nich jeszcze w łonie matek.

Hipoplazja lewej komory serca (HLHS), czyli brak połowy serduszka, z którymi urodzili się chłopcy, dla rodziców było diagnozą dotąd niewyobrażalną. Natychmiast podjęli działania, które mogły zwiększyć szanse synów na normalne życie. Mama Olusia postanowiła urodzić w Niemczech – w klinice, w której o operację starają się teraz rodzice Jasia. Zadania podjąć się chce najlepszy kardiolog dziecięcy w Europie.

Pierwszy płacz swojego syna Tomasz Magiera usłyszał 17 września o godzinie 7.26. W momencie urodzin Oluś ważył 3940 gramów. O tym najważniejszym dla nich dniu szczęśliwi rodzice poinformowali poprzez stronę „Serce dla Olusia” na Facebooku. Przed nimi rozpoczyna się ogromna i długa walka o zdrowie chłopca.

Ta u 2,5-letniego Jasia wciąż trwa. O kolejne uderzenie serduszka walczy każdego dnia. I z każdą chwilą bije ono coraz słabiej. Dźwięk szpitalnej aparatury zastępuje śmiech, a strach bierze górę nad radością. Jedyną szansą na ratunek jest kosztowna operacja, podobna do tej, na którą pieniądze zebrać się udało rodzicom Olusia. Aby Jaś Łuczyński mógł wyjechać do Kliniki Uniwersyteckiej w Munster, do 10 listopada trzeba uzbierać 200 tys. zł. Operacji również chce podjąć się Edward Marzec, najlepszy kardiolog dziecięcy w Europie.

– Dwie kreski na teście ciążowym były błogosławieństwem – wspomina Łukasz Łuczyński, tata chłopca. – Na monitorze w gabinecie ginekologicznym obserwowaliśmy małą istotkę, rosnącą z miesiąca na miesiąc. Z radości tej nie mogliśmy się jednak cieszyć długo. Pamiętam chwilę milczenia lekarza podczas jednego z badań. Kilka kolejnych krótkich zdań zmieniło nasze szczęście w paniczny strach o dziecko. Czy z połową serduszka da radę?

Dzień narodzin Jasia był początkiem walki o jego życie. Każda sekunda tych pierwszych miesięcy w szpitalu przepełniona była strachem – o chłopca i jego kolejny oddech. Pod kontrolą kardiochirurgiczną dziecko jest od początku. Zamiast gaworzenia rodzice słyszeli dźwięk medycznej aparatury, spacery z wózkiem zastąpiły im kolejne wizyty u lekarza.

– Trudno było o choć jedną rzecz, która kojarzy się z pierwszymi tygodniami spędzonymi z długo wyczekiwanym maleństwem – mówią rodzice. – Leki podtrzymywały serduszko przy życiu, my zaś z wielką troską czuwaliśmy przy łóżeczku. Pierwszą operację Jaś przeszedł już w drugim tygodniu życia.

Mury szpitala opuścili wspólnie, kiedy Jaś miał miesiąc. Na chwilę wróciła upragniona normalność. Po kilku miesiącach kolejne badanie – echo serca – wykazało zwężenie łuku aorty. Lekarze podjęli decyzję o natychmiastowym przeprowadzeniu dwóch zabiegów – cewnikowania oraz poszerzenia łuku. Ten ostatni okazał się niestety nieskuteczny.

– Stan Jasia zaczął się pogarszać, a sytuacja z godziny na godzinę była coraz trudniejsza – dodaje tata chłopca. – W brutalny sposób zostaliśmy uświadomieni, jak szybko choroba Jasia może postępować. Nasze dziecko umierało. Podjęta została decyzja o natychmiastowym przeprowadzeniu drugiego etapu korekcji serca. Mieliśmy przygotować się na najgorsze. Operacja trwała dziesięć godzin.

Na szczęście zakończyła się sukcesem, który po trzech dniach przerodził się w płacz i ból. Serce Jasia się zatrzymało. Dzięki szybkiej reanimacji chłopca uratowano. Śmierć pokonał po raz drugi.

Przed rodzicami i chłopcem kolejna ciężka próba i następny, ostatni etap korekcji wady serca. W Polsce jednak nie otrzymali kwalifikacji do operacji.

Powodem są m.in. zwężenia tętnic płucnych oraz ponowne zwężenie łuku aorty, co wyklucza przeprowadzenie zabiegu – tłumaczą rodzice. – Wiemy, że bez tego niedotlenienie będzie postępowało, a życie Jasia z każdym dniem będzie coraz bardziej zagrożone.

Operacja za granicą to jedyna szansa na uratowanie tego małego życia. Z niemieckiej kliniki otrzymali szansę, która prawdopodobnie może się nie powtórzyć. Rodzice chłopca sami nie są jednak w stanie uzbierać aż 200 tys. zł, jakie w pierwszej kolejności są potrzebne.

Dla Olusia wsparcie płynęło nie tylko z Torunia i okolic, ale także z całej Polski. Kolejne małe serduszko czeka na naszą pomoc. Najmniejszy datek przybliży Jasia do nowego życia – tego zwykłego, pełnego śmiechu, radości i piękna. Podobno dobro wraca do nas ze zdwojoną siłą. I tę siłę chłopcu możemy przekazać.

www.siepomaga.pl/jas-luczynski