Jedzenie dla wszystkich!

Toruńską „Jadłodzielnię” po trzech miesiącach działania poznało i polubiło wielu. (fot. Jacek Kiełpińsk)

Na Targowisku Manhattan znają ją chyba wszyscy klienci. Nieco schowana, w alejce przy płocie, obok szewca. Szyld też raczej skromny. Ale kto szuka, ten tu trafi od razu. Sława tego miejsca rozchodzi się w internecie i dzięki poczcie pantoflowej.

– Nic nie ma – wita mnie od wejścia szczerze pani siedząca przy pustym biurku, pod pustymi półkami, obok pustej lodówki. Jest godzina 10 rano. Jeszcze się nie zaczęło. Pani Halinka, ratowniczka żywności, czeka na pierwszych ofiarodawców i pierwsze większe dostawy. Na codzienny cud pojawiającego się jedzenia.

Po chwili głowę wsuwa starsza pani z ważnym pytaniem. – Czy mogę przynieść zupę? Wczoraj zrobiłam, a dziś mnie zaprasza córka na obiad…

To najbardziej tu oczekiwane wizyty. Zupa w słoiku, z krótkim opisem, z czego i kiedy ją wykonano, trafi za godzinę do lodówki. Długo nie postoi. Chętni na nią znajdą się od razu.

– Tak, to wymaga wzajemnego zaufania. Kochajmy sąsiadów bardziej niż państwo i stworzony przez nie system – przyznaje Michał Piszczek, pomysłodawca i współtwórca toruńskiej „Jadłodzielni”, nawiązując do kuriozalnych polskich przepisów, które każą oficjalnym darczyńcom płacić za pomaganie. – Hurtownie muszą oficjalnie towar wyrzucać na śmietnik, byśmy mogli go przejmować. To absurd.

Dzielenie się żywnością to – jego zdaniem – po pierwsze poznawanie ludzi, zbliżanie się do nich. To znacznie więcej niż pomoc najbiedniejszym. Bo też z „Jadłodzielni” korzystać może każdy, także człowiek zamożny. – Bierz stąd to, czego akurat nie masz, zostaw, co ci zbywa. Proste, jasne, szybkie – tłumaczy.

A co akurat w „Jadłodzielni” jest, organizatorzy obwieszczają w grupie otwartej na Facebooku „JADŁODZIELNIA FOODSHARING TORUŃ – podziel się jedzeniem”. Ale i bez internetu wieści o dostawach rozchodzą się szybko.

– Nie siedzę tu cały czas. Ale codziennie zaglądam, przynajmniej żeby posprzątać, bo czysto być musi – podkreśla pani Halinka, układając kartony ze śmietaną na półkach. – To ma działać samo. I tak działa. Rano o 6 stróż Manhattanu nasz pawilonik otworzy, o 22 zamknie. A w ciągu dnia przewijają się ludzie. Jeden coś przyniesie, drugi zabierze. Burd i awantur tu nie było, meliny też nikt nie próbował urządzać. Jak przyjdzie zima, będę siedzieć dłużej. Herbatę mogę przecież robić dla ludzi…

Niedawno odbył się w Warszawie pierwszy zjazd polskich foodsharingowców. Reprezentanci Torunia dzielili się swoimi doświadczeniami.

– Podobnych placówek jest obecnie pięć: trzy w Warszawie, jedna w Krakowie i nasza – wymienia Michał Piszczek. – Powstają już kolejne, zainteresowanie jest ogromne. Ludzie stają się coraz wrażliwsi na problem wyrzucania jedzenia. Pierwsi zrozumieli to Niemcy. To tam powstała idea jadłodzielni. W przeciętnym niemieckim mieście działa już kilka takich miejsc. To naprawdę ma sens. Od dawna mówi się o społeczeństwie obywatelskim, ale chyba dopiero ruch foodsharingowy pokazuje, jak to może wyglądać w praktyce.

W toruńskiej „Jadłodzielni” od 8 sierpnia, gdy powstała, trafić można było na kartony czekolady, puszek coli, skrzynki warzyw… Przewinęło się praktycznie wszystko poza surowym mięsem, którego przynosić tu nie wolno. W internecie pojawiają się apele, by nie brać za dużo, pamiętać o innych. Użytkownicy sami przyznają, że dopiero uczą się korzystać z tego dobrodziejstwa.