Jerzy Góra: Poczucie humoru nie ma nic wspólnego ze ślepotą

Jerzy Góra jest jednym z najbardziej cenionych masażystów w Toruniu.

Kiedy miał 8 lat, zdiagnozowano u niego zwyrodnienie barwnikowe siatkówki. Oznaczało to, że stopniowo będzie tracił wzrok. Dziś nie widzi już wcale. Nie przeszkadza mu to jednak być jednym z najbardziej cenionych masażystów w Toruniu. Z Jerzym Górą rozmawia Robert Kamiński 

Jest taki kawał: Niewidomy facet myje tarkę do warzyw. Po chwili mówi: „takich głupot w życiu nie czytałem”. Śmieszy to pana?

Oczywiście! (śmiech) Poczucie humoru nie ma nic wspólnego ze ślepotą. To raczej kwestia dystansu do siebie. Choć pewnie wielu niewidomych mogłoby się obrazić.

Jak to się stało, że został pan masażystą? 

Jeszcze w podstawówce funkcjonowałem w miarę normalnie. Czytałem przez lupę. Potem było coraz gorzej. Nadszedł czas, by wybrać zawód. Zostałem frezerem. Niewidomy frezer to gorzej niż robot. Wykonuje w kółko te same czynności, nadzorowany przez kogoś, kto widzi. Szybko zrezygnowałem. Mama podsunęła mi myśl o masażu. Tak trafiłem na Wydział Masażu Leczniczego UJ w Krakowie. I to było to.

Jako młody chłopak spotkał pan dziewczynę, która dziś jest pańską żoną i matką pańskich dzieci. Jak przyjęła wiadomość, że pewnego dnia straci pan wzrok całkowicie? 

Nie przeszkadzało jej to. Pewnie uznała, że są rzeczy, które liczą się bardziej.

Co jest „gorsze”: urodzić się niewidomym czy stracić wzrok w wyniku choroby, wypadku? 

Najgorsze jest przestać widzieć nagle. Masz rodzinę, o którą musisz zadbać, a tu nagle tracisz wzrok. Nie wszyscy potrafią to unieść. W jednej chwili stają się nieprzystosowani do życia. Nagle strażak czy listonosz musi zostać, powiedzmy, masażystą. Musi zaakceptować siebie. I te przeklęte myśli: A może żona jest ze mną z litości?

Bywa, że ludzie się nad panem litują? 

To kwestia podejścia do życia. Mnóstwo ludzi widzących oczekuje litości. Nieudacznik nie umie sobie pomóc, więc oczekuje litości. Czasem mówię pacjentom, że wróciłem z wesela. „Ale jak? Pan tańczy?” – pytają. A przecież do tańca nie trzeba widzieć. Trzeba mieć nogi i trochę słuchu. Nie ukrywam, że nie zawsze jestem w stanie sam sobie poradzić. Ludzie są moim oparciem. Zawsze mogę ich zapytać czy poprosić o grzeczność. Nawiasem mówiąc, Toruń jest niezwykle przyjazny, jeśli idzie o funkcjonowanie niewidomych.

Kiedy idzie pan ulicą, rozróżnia pan kroki kobiet i mężczyzn? 

Oczywiście. To się słyszy. Osoba zamyślona idzie inaczej, starsi powłóczą nogami. Idąc za kimś, słyszę, czy się oddala, czy idzie wolno. Wiem, czy muszę go wyminąć, żeby na niego nie wpaść. Najgorzej jest, jak pada deszcz. Wtedy są parasole. Powodują potworny huk.

Jakich jeszcze miejsc woli pan unikać?

Najgorsze są oczywiście roboty drogowe. I pneumatyczny młot. Wtedy „widzę” gorzej.

Ale też basen, kościół, w którym grzmią organy. Nie mam wtedy pojęcia, gdzie jestem, jak daleko są ściany, jak wysoko jest sufit. Wolę ciszę. Wtedy wiem, gdzie jest wschód, zachód. Trochę jak gołąb pocztowy. Bo przecież nie widzę przestrzeni.

Czy wraz z zanikiem zmysłu wzroku inne zmysły się wyostrzają? 

Więcej słyszę, bo więcej słucham. Reaguję na to, na co inni nie zwracają uwagi: winda, sąsiad wyprowadzający psa o stałych porach.

Masaż to dość popularna profesja wśród niewidomych. 

Tak. Kiedyś nawet próbowano wymóc na rządzie, żeby był to zawód zastrzeżony wyłącznie dla niewidomych. To oczywiście było śmieszne. Bo niby czemu mielibyśmy dyskryminować widzących? Poza tym nie starczyłoby nas dla wszystkich.

A jak z wyobraźnią? Potęguje się wraz z zanikiem wzroku? 

Przed gabinetem idzie dziewczyna na obcasach. Słyszę ją. Wyobraźnia pracuje. Musi mieć nogę, bo ma długi krok. Ale, co ciekawe, w gabinecie na to nie reaguję. Dziewczyna się rozbiera i nic. Nie wiem dlaczego. Chyba wejście do tego gabinetu powoduje, że przestaję być facetem. Jestem bardziej profesjonalistą niż mężczyzną.

Ludzie pachną? 

I to bardzo.

Dobrzy ludzie pachną inaczej od złych?

Coś w tym jest. Wchodząc do pacjenta, wiem od progu, jak on się czuje. Decyduje o tym zapach.

„I gdy cicho pytam siebie, czego żal dziś tobie…”

Żal widoku panoramy Tatr ze szczytu, choć dotąd bardzo lubię chodzić po górach. Żal też mnóstwa innych rzeczy: roweru, nart, gry w piłkę. Bardzo lubiłem łyżwy. Przez jakiś czas chodziłem z córką na Tor-Tor. Trzymała mnie za rękę i tak sobie jeździliśmy w kółko. Ale to nie działa. Młodzi ludzie jeżdżą tyłem i pod prąd. Nie zakładają, że nie widzę, skoro jadę na łyżwach. Nie mogę zejść im z drogi. Mogę się bawić w łyżwy, ale u znajomego na stawie, w którym hoduje karpie.

Rozmawiając z panem, mam wrażenie, że nie poniósł pan wyłącznie samych strat…

No jasne! Nie muszę jak pan oglądać rzeczy, których widzieć nie warto. Nędzy tego świata. Brudu. Z całą pewnością gdyby nie choroba, nie byłbym w tej chwili tu, gdzie jestem. Mogłem 30 lat temu usiąść i się rozpłakać. Ale nie chciałem. Wierzę, że moje życie dzięki tej decyzji zyskało jakiś sens.