Karczewski o wyniku My Toruń: „Zabrakło nam na listach celebrytów i znanego sportowca”

Maciej Karczewski, fot. Jacek Chmielewski

– Nie będę siedzieć cicho w kącie i grać w pasjansa. Postaram się jednak także 1,5 tys. moich wyborców nie zawieść i pozostać sobą. Bo takiego kogoś wybrali – mówi Maciej Karczewski, jedyny radny My Toruń w rozmowie z Wojciechem Giedrysem.

Jest pan jedynym radnym My Toruń. Co dalej? Ma pan pomysł jakiś pomysł na tę kadencję? Jak chce pan działać w pojedynkę w toruńskiej radzie miasta?

– W tej chwili istotne są dla mnie trzy sprawy. Po pierwsze: najpierw muszę rozwiązać kwestię formalną, która pozwoli mi zachować mandat. Wynajmuję od dziewięciu lat miejski lokal przy ul. Szerokiej, w którym prowadzę swój salon, a którego gmina od lat nie chce mi sprzedać. Jest to w sprzeczności z pełnieniem mandatu radnego. Dlatego też muszę tę kwestię wyjaśnić w ciągu trzech miesięcy od zaprzysiężenia, czyli do połowy lutego. Czekam na opinie prawne Zakładu Gospodarki Mieszkaniowej i urzędu miasta. Druga sprawa to konfiguracja sił w radzie miasta. Możliwe są dwa warianty: prezydent rządzi z PiS, a Koalicja Obywatelska jest w opozycji lub prezydent tworzy wielką koalicję z PiS i KO. Dopiero, kiedy to się rozstrzygnie, zdefiniuję swoją rolę w radzie miasta. Trzecie zadanie to utrzymać grupę ludzi, która zebrała się wokół My Toruń. Chodzi o to, żeby każdy z nich nie rozszedł się w swoją stronę, żebyśmy dalej mogli współpracować i działać na rzecz Torunia i torunian. Pierwsze spotkania już za nami, jest moc, jest wola działania, są pomysły. To budujące.

My Toruń w ogóle ma szanse przetrwać pięcioletnią kadencję? Już teraz widać wielkie rozgoryczenie wynikiem wyborczym w Toruniu w tym środowisku.

– Życie na pewno będzie pisało różne scenariusze w tej pięcioletniej kadencji. Zapewne nie wszyscy z nami pozostaną, to będzie wielka próba prawdziwych intencji i determinacji. Jest duże rozgoryczenie i żal w naszym środowisku, ze względu na wynik wyborczy. Zakładaliśmy zupełnie inny efekt i trzy-cztery mandaty. Niestety, wybory samorządowe stały się plebiscytem przed wyborami parlamentarnymi i większość ruchów miejskich w Polsce na tym straciło.

A jakie błędy w kampanii wyborczej popełnił komitet My Toruń?

– Niestety, wyborcy uznali, że kandydaci My Toruń nie byli na tyle rozpoznawalni, żeby uzyskać taką liczbę głosów, na jaką liczyliśmy. Najbardziej boli mnie słaby wynik na Bydgoskim, skąd przecież wywodzi się Stowarzyszenie Bydgoskie Przedmieście czy Czas Mieszkańców. Byliśmy przekonani, że mandat w tym okręgu uda nam się zdobyć na 100 proc. To jest najbardziej bolesna porażka. Również wynik okręgu Sylwii Kowalskiej i jej listy do rady miasta jest przykrą niespodzianką. Tu zakładaliśmy mandat z szansą na dwa. Sylwia zdobyła więcej głosów niż w poprzednich wyborach, ale nie wyszło. Zabrakło nam na listach celebrytów i znanego sportowca. Spotykamy się i rozmawiamy, analizujemy te wyniki i całą kampanię. Pojawiły się uwagi, że byliśmy zbyt delikatni w kampanii, że powinna być bardziej radykalna i ostra czy agresywna. Byliśmy dalecy od totalnej krytyki, a przez niektórych – w tej dość mocno spolaryzowanej politycznej rzeczywistości – było to bardzo oczekiwane. Byliśmy zbyt grzeczni i poprawni. Trudno jednak robić ostrą i agresywną kampanię, kiedy kandydatką na prezydenta jest osoba tak dobroduszna i łagodna jak Sylwia Kowalska, kobieta bardzo koncyliacyjna, spokojna i ciepła. Pewnie gdyby był inny kandydat, bardziej radykalny, to ta kampania byłaby ostrzejsza i wyraźniejsza. Teraz możemy już tylko gdybać.

Czym chciałby się pan zająć w radzie miasta? W jakich komisjach?

– W wyborze komisji będę mieć zapewne najmniej do powiedzenia. Wyrażę swoje oczekiwania, ale decyzje będą podejmowane przez 14- lub 24-osobową większość. Mam wiele pomysłów. Chciałbym zająć się zagadnieniami związanymi ze sportem, z biznesem, ze Starym Miastem. Zależy też mi na pracy w komisji rewizyjnej, żeby z bliska obserwować to, co się dzieje w mieście. Jako osoba, która wcześniej nie zasiadała w radzie miasta, na początku będę uczyć się wielu rzeczy. Prowadzę już rozmowy o ewentualnej współpracy z poszczególnymi klubami i radnymi. Spodziewam się jednak, że może przypaść mi rola bycia głosem sumienia naszego miasta. To interesująca rola. Nie będę mógł zbyt wielu rzeczy w pojedynkę przeforsować, ale będę mógł zwrócić uwagę i mówić głośno o niektórych kwestiach. Na pewno nie będę radnym, który będzie siedzieć i milczeć na sesjach. Sytuacja jest trudna, ale ma także swoje dobre strony. Zwlekałem wiele lat na to, żeby zaangażować się politycznie. Uznałem, że to jest ten moment, że mogą się pojawić w radzie miasta nowi ludzie, nowe środowiska i nowe twarze. Mieszkańcy Torunia wybrali jednak sprawdzonego prezydenta i jego ugrupowanie albo wypowiedzieli się, czy są za PiS czy za KO. Teraz pozostaje tylko funkcja czy rola obserwatora i ciała opiniotwórczego. To chyba bardziej będzie mi odpowiadać niż bycie 25. ogniwem w układance, na którą nie mam żadnego wpływu.

Realizacja programu wyborczego w takiej sytuacji będzie niemożliwa?

– Będę mógł tylko starać się przekonywać inne kluby lub radnych do pojedynczych projektów i pomysłów, licząc na to, że spotkają się one z pozytywnym przyjęciem i będą traktowane jako wspólne lub ich własne. Innej drogi nie ma. Już w kampanii wyborczej prezydent przejął kilka pomysłów My Toruń. Mam nadzieję, że tak będzie również w trakcie kadencji. Pewnie zacznę od pomysłów najmniej kosztownych i najłatwiejszych do wprowadzenia. Nie oczekuję, żeby ktoś ze względu na głos jednego radnego zmieniał przebieg jakiejś trasy albo żeby ktoś wyczyścił spółki. Ale może małymi krokami My Toruń uda się zarazić swoimi pomysłami koalicję rządzącą. To będzie mozolna praca od podstaw. To nie będzie rewolucja. Sam jestem ciekaw, czy sobie z tym poradzę, bo jestem człowiekiem dość energetycznym. Nie jestem dobry w długich rozgrywkach, gierkach i politycznych podchodach. Wolę rozmawiać, porozumieć się i działać. Tak jest w biznesie, są czyste zasady i każdy chce szybkiego efektu. Bo to korzystne dla każdej ze stron. Nie wiem jeszcze, jak to się ma do zasad panujących w toruńskiej polityce. Liczę na współpracę z każdym, kto zaakceptuje wspólne cele, bardzo liczę na podatność koleżanek i kolegów radnych na argumenty, a nie tylko czystą koalicyjną arytmetykę. Jestem również bardzo ciekawy postawy prezydenta wobec mnie i liczę na porozumienie ponad podziałami. To będzie kluczowe dla mojej postawy w radzie. Postaram się jednak także 1,5 tys. moich wyborców nie zawieść i pozostać sobą. Bo takiego kogoś wybrali. Oni na pewno nie oczekują ode mnie, że w ciągu tej pięcioletniej kadencji będę siedzieć cicho w kącie i grać w pasjansa.