Katarzyna Groniec: Bliżej mi do chłopczycy

Katarzyna Groniec, podczas tegorocznej edycji Koncertów pod Gwiazdami, zaprezentowała program „ZOO” z piosenkami Agnieszki Osieckiej (fot. Łukasz Piecyk)

O Agnieszce Osieckiej, podejściu do słowa oraz życiowych tonach dur i moll z Katarzyną Groniec, piosenkarką i autorką tekstów, rozmawia Aleksandra Radzikowska.

Co z siebie dostrzega Pani w Agnieszce Osieckiej?
Nie mam pojęcia, nie udało mi się jej poznać. Mogę jednak powiedzieć, że wychowałam się na cudzych tekstach i poszukiwanie w nich siebie nie jest dla mnie kłopotem. Lubię rozumieć je po swojemu. Lubię też interpretować je trochę pod włos, a ponieważ przez lata terminowałam w teatrze, który karmił się już dawno napisanymi piosenkami, musiałam się nauczyć czytania pomiędzy wierszami. To sprawia mi dużą frajdę, gdy słyszę teksty inaczej, niż jesteśmy do tego przyzwyczajeni.

Ma Pani na myśli szlagiery?
Tak, ich pierwsze wykonania są tak bardzo wryte w pamięć słuchaczy, że przyjęło się, że ta piosenka jest tylko o tym, a przecież wcale nie musi tak być.

Wystarczy wziąć na warsztat „Małgośkę”. Gdy po prostu czyta się tekst piosenki, jest porażająco smutny, ale gdy śpiewa go Maryla Rodowicz, można w nim dostrzec promyk nadziei.
Oczywiście, dlatego właśnie bywa, że niektóre piosenki warto zaśpiewać pod włos. Linia melodyczna bardzo determinuje tekst i czasem nie rozumiemy, o czym on opowiada, bo jest szlagwort albo kilka nut, które wkręcają się w pamięć. To one są motywem przewodnim, a ucieka nam kontekst czy puenta, jeśli słyszymy tylko dwa wersy. Przychodzą mi tu na myśl „Mury” Kaczmarskiego. Wszyscy śpiewają „mury runą, runą, runą”, a przecież w ostatniej zwrotce jest o tym, że one rosną między nami.

Może każdy słyszy to, co chce usłyszeć?
Pewnie ludzie dokładnie tego wtedy potrzebowali, to był taki moment w historii, że te mury trzeba było obalić. Puenty nikt nie słuchał, ale tak jest z wieloma piosenkami. Ludzie bujają się w amfiteatrach w rytm „a wariatka jeszcze tańczy…” a tam dzieje się dramat, kobietę podpalili! (śmiech)

Jak Pani wyłuskała do swojego programu konkretne teksty?
Tym razem wyszłam od muzyki. Zawsze staram się tworzyć historię bazując na tekście, ale w przypadku „ZOO” chciałam znaleźć takie, by móc je chociaż trochę nagiąć do elektroniki i przy okazji nie zepsuć. Nie wszystkie się da, bo niektóre można w ten sposób wręcz zamordować. Poza tym, nie chciałam, żeby koncert składał się z samych hitów. Nie chciałam śpiewać sztandarowych pieśni, z którymi się kojarzę, takich jak „Wariatka” czy „Sztuczny miód”. Jeśli ktoś mówi „Osiecka”, to na myśl przychodzi mu dziesięć przebojów z Opola i od tego starałam się odejść.

Usłyszeliśmy jednak „Wielką wodę” czy „Uciekaj moje serce”.
Wiedziałam, że ludzie poczują się zawiedzeni, gdy nie będzie „Małgośki” czy wspomnianej „Wariatki”, więc wpadłam na pomysł odpowiedniego kolażu tych piosenek. Musiałam zaznaczyć, że wiem o istnieniu hitów, więc ich brak to nie była ignorancja, tylko świadomy wybór. Wybrałam trzydzieści utworów, z których potem zostało szesnaście. One, o dziwo, ułożyły się w historię życia. Same.

Osiecka kojarzy mi się, co prawda, z dziewczynką z dobrego domu – kokardkami we włosach i białymi pończoszkami, ale również ze zdartymi kolanami. Pani ma w sobie dużo z chłopczycy?
Rzeczywiście bliżej mi do chłopczycy niż kokietki zalotnie wdzięczącej się na obcasach. Nie jestem jednak aż taką mieszanką, jak Agnieszka. Ona była tak śliczna i eteryczna…

Dziś nie miałaby najlepszej prasy, mam na myśli jej miłosne podboje.
Ewidentnie czegoś wciąż poszukiwała i po prostu nigdy nie dorosła. Pozostała małą dziewczynką z deficytem miłości, która dla niej oznaczała prawdopodobnie namiętność. Szukała tego dreszczu, jak w „Uciekaj moje serce”, ale nie zorientowała się, że po tych kwiatkach na plaży, włóczeniu się po korytarzach z zabronioną miłością – bo oni pewnie mieli swoje żony i narzeczone, a ona męża – zostaje nic. Wielkie nic, znowu skucha.

Nawet w „Rozmowach w tańcu” Osiecka wskazuje dwoistość, jako swoją najważniejszą cechę. Może mieli na to wpływ jej rodzice? Ona, jedynaczka, pomiędzy ogniem i wodą, a te pozorne związki dawały jej w końcu poczucie bezpieczeństwa?
Czytałam o tym, że ojciec miał w stosunku do niej duże wymagania, chyba chciał, żeby była genialnym dzieckiem. Ona próbowała temu sprostać, ale przy okazji jej matka też była dość surową osobą.

I chyba przestraszoną życiem.
Tak, ale w końcu trzeba dorosnąć i nie można ciągle zwalać winy na to, co nam się kiedyś przydarzyło. Rodzice starają się być jak najlepsi, ale popełniają błędy – już rozumiem te rozterki, bo sama je mam. Zawsze się coś przeoczy, zawsze coś będzie źle. Nie chcąc popełniać błędów rodziców, robi się inne. Jeśli już w ten sposób ją lustrujemy – zgoda, miała takie dzieciństwo, a nie inne, ale sama później zaserwowała swojemu dziecku niezły hardkor.

To pewnie nie zabrzmi najlepiej, ale gdyby nie żyła w ten sposób, to może nie miałybyśmy o czym dziś rozmawiać.
Ludzie wybierają ten zawód nie dlatego, że mają w głowie poukładane (śmiech), tylko dlatego, że coś ich ciągle goni. Bardzo rzadko ci, którzy parają się emocjami, nie są w jakiś sposób rąbnięci, jednak można z biegiem czasu wytyczyć sobie granicę pomiędzy życiem a np. sceną. Trzeba sobie pozwolić na dorośnięcie, coś się przy tym traci, ale dobrze jest to sobie wyjaśnić, żeby nie skończyć w tzw. Klubie 27.

Ścieżka dźwiękowa Pani życia miałaby więcej skal durowych, tych radosnych, czy molowych?
W zasadzie jestem molowa. Mam raczej refleksyjną naturę i w związku z tym łatwość do zapadania się, ale nie pozwalam sobie na to. Muszę tego pilnować, bo jak puszczę, to mogłabym popłynąć… a nie chcę. Tony durowe też jednak są i to właśnie one pomagają mi zachować równowagę.

Już dawno przypięto Pani łatkę artystki smutnej i melancholijnej, a przecież to nie może być cała prawda.
Media są bardzo chętne do segregowania ludzi. Zaczęłam jako młoda osoba i często byłam obsadzana w piosenkach dramatycznych, bo radziłam sobie w nich dobrze, więc szybko włożyli mnie do szufladki „moll”. Jakaś katastrofa, pociągi się zderzyły, kto ma to zaśpiewać? No, Groniec! Będzie smutno, wszyscy będą płakać, dawać ją!

A woli Pani opowiadać dowcipy czy ich słuchać?
Opowiadać, ale słuchać też! Śmieszą mnie głównie te durnowate.