Kim są toruńscy grafficiarze? Zobaczcie ich dzieła [zdjęcia]

Graffiti w przejściu podziemnym na Rubinkowie (fot. Łukasz Piecyk)

Są ludźmi z cienia. Nie pchają się na pierwsze strony gazet. Ale chcą, żeby ich przekaz został zapamiętany. Bez względu na formę – surową czy artystycznie wymuskaną. Bywa poetycki i wulgarny. Ładny i odrażający. I wcale nie wiąże się tylko z hip-hopem.

Nie ma jednego portretu toruńskiego grafficiarza. Trafiają się inteligenci po ASP, graficy z wykształcenia, kibice (kibole – wedle orientacji politycznej), ludzie po pięćdziesiątce i małolaty. Kochają zapach sprayu, który unosi się nad ich śladami w ciemną noc. Budzą się w nich demony (artystyczne, polityczne, z trzewi), gdy inni słodko śpią.

Po murach malują nie tylko mężczyźni. Zresztą zakapturzoną postać w nocy ciężko rozpoznać. Może to być Kasia, Bartek, Marian i Agnieszka. Podpis zawsze składa, ale nie dla wszystkich. Dla tych, którzy „wiedzą”. Bo obraz i tekst jest dla przechodniów. Ale sens i poczucie przynależności do określonej grupy wyznacza wyzwania. A o przestrzeń miejską trzeba walczyć. Jak o ideały, Boga, honor, legalną marihuanę, wolność i barwy ukochanego klubu.

– Całe ciuchy przesiąknięte są tym, jedynym w swoim rodzaju, zapachem, gdy wracasz do domu – mówi Marta, zostawiająca część siebie na różnych ścianach od paru lat. – Od zawsze malowałam. Po kartkach, tekturze, starej syrence taty czy ścianach w domu. Nie raz z braćmi od lania uchroniło nas tylko to, że mama umiała rozładować atmosferę. Tacie nasze popisy się nie podobały. Bo kto, na kilka dni szybciej pomalowanej na żółto ścianie lubi mieć namalowaną twarz z kreskówki i hasło „no future”. Taki element fascynacji punkiem (śmiech).

O swój wygląd starannie dba. Każdy element też świadczy o jej tożsamości. Chociaż przyznaje, że dzień i noc, to zupełnie inna bajka. Przecież pracuje „na stanowisku”. Gdyby szef zobaczył jej wieczorne wcielenie, to mógłby zostać wyniesiony nogami do przodu. Co dziś chce przekazać przez swoje graffiti?

– Zawsze byłem wolnościowcem – mówi wprost. – Wkurzają mnie do żywego to państwo. Podatki, zamordyzm, powszechna wścibstwo. Ludzie też zatracili w sobie wolność. Może to spadkobierstwo po „komunie”, ale młodzi też są zainfekowani zaglądaniem innym przez okno. Przeciwko temu się buntuję. Każdy ma swoje życie, co wam do tego? Co maluję? Przecież nie mogę Ci powiedzieć, bo łatwo byłoby to lokalizować, a wiesz jak z tym jest. Jesteśmy wandalami, chociaż ja nie bazgrzę byle gdzie i pierdoł.

Ale ludzie patrzą przez pryzmat tych, co trudnią się niezbyt wyrafinowanymi napisami na murach. „Elana będzie j…na”, „Apator to k…wa”, a nazioli trzeba „pi…..ić”. Na myśl o grafficiarzach, nawet studentom, młodym i nie przywiązującym aż takiej wagi do wandalizmu przychodzą do głowy niezbyt pochlebne opinie

– Wyobrażam sobie grupę ćwierćinteligentów, dla których idealną rozrywką jest bazgrać na budynkach mieszkalnych i obiektach uczelni, zamiast wykorzystać sporą przestrzeń na swojej pustej czaszce – mówi Marcin, student dziennikarstwa. – Tylko wtedy nie nazywam tego graffiti, bo to jest częścią sztuki i kreatywności. A oglądane codziennie na murach napisy są zwykłymi bazgrołami.

Tych wyplenić z naszego otoczenia nie sposób. Napis na dowolnym murze można maznąć w kilkanaście sekund. Każdy może to zrobić. Ale grafficiarze nie traktują takich „konkurentów” poważnie.

– Co z tego, że kibicuję Elanie? – pyta zawadiacko jeden z moich rozmówców. – Napis to tylko oznaczanie terenu. A piłka to znacznie więcej. Te barwy skądś się wzięły, to miasto ma jakąś historię. Kibicujesz? Świetnie. Ale dowiedz się czegoś ponad to. Kiedyś lepsze malunki powstawały wokół. Teraz się środowisko zepsuło. Wielu nawet rapu nie słucha. Ale tego nie oczekuję. Przez zwykłe bazgroły wszystkich postrzegają jak intruzów.

Każe mi pochodzić po mieście uważniej, a nie tylko spoglądać prosto przed siebie. Wskazuje miejsca, gdzie pamięta się o bohaterach sprzed lat. Często bezimiennych żołnierzach. Wcale nie zawsze z tego terenu. Bo ktoś o ten kraj walczył. Także o wolność malowania po murach.

– Mam trampki, w których ganiam na „akcję” od zawsze – śmieje się trzydziestoparolatek. – Mam swoją kreskę, swój warsztat, swoje ideały. Lubię adrenalinę. Bez niej nie mógłbym normalnie funkcjonować. Maluję twarze, bo one mówią wszystko o człowieku. W każdej z nich, mijanej na ulicy, znajdziesz coś interesującego. Patrz i staraj się odwzorować. Nie kontur, rysy czy oczy. To, co w nich wyczytasz. Bo obraz na bloku może wzruszyć, wkurzyć, wywołać śmiech. Ale nie powinien być dosłowny.

Jest też wielu takich, którzy mówią wprost, że graffiti ubogaca toruńską przestrzeń miejską.

– Miejsca z tzw. „legalami”, jak prace pod wiaduktem przy ul. Żółkiewskiego pokazują, że jest to forma sztuki – mówi Igor Żukowski, słuchacz hip-hopu, wielokrotny zwycięzca

toruńskiego slamu poetyckiego. – Właściwie użyta może wzbogacać miejski krajobraz. Mam jednak wrażenie, że kiedyś element rywalizacji był dużo wyraźniej obecny, niż to ma miejsce obecnie.

To dziwne, bo badacze graffiti z Torunia twierdzą, że ma ono najczęściej związek ze sportem. Ale przecież nie o tę rywalizację chodzi. A może subkultury są słabsze niż w latach 90-tych? Albo patrzymy i nic nie widzimy. „Nielegale” są bowiem często w miejscach trudnodostępnych. Tylko do kogo są wtedy kierowane? Do „wtajemniczonych”.