Kortez: Nie jestem strasznie smutnym typem, ale czasem znudzonym

Kortez w trakcie koncertu w Dworze Artusa (fot. Łukasz Piecyk)

O słowach niewypowiadanych, emocjach zawartych na płycie „Bumerang” i o tym, dlaczego blokersi zakładają czasem koszule z KORTEZEM rozmawia Aleksandra Radzikowska.

Wolę płyty o emocjach od tych zlepionych z myśli. Myślę, że „Bumerang” jest właśnie taki.
A ja myślę, że masz rację.

I jakie to są dla Ciebie emocje?
Z emocjami jest trochę inaczej niż z myślami, bo wszyscy odczytujemy je tak samo. Smutku nie odbierzesz jako radości.

Piosenki tworzysz, gdy jesteś smutny?
Częściej niż wtedy, kiedy jestem wesoły.

W „Uleciało” śpiewasz o tym, że czasem nocą odurza Cię moc słów przemilczanych w ciągu dnia.
Zwykle mam tak, że sporo rzeczy przemilczam i później te słowa się za mną ciągną. To różne przemyślenia o tym, co mogłem powiedzieć, a czego nie powiedziałem i co mogłem zrobić, a nie zrobiłem. To trochę rusza. Ty też masz w sobie wiele słów, które przemilczasz i sytuacji, których na co dzień nie rozwiązujesz. Nocą, kiedy nie możesz spać, to wraca. A może nie masz odwagi, żeby wypełnić je jutro?

Znam ciężar tej nieodwagi, ale nie robię z niej piosenek.
Przez te słowa czasem zamykam się w sobie i wtedy tworzę. „Uleciało” napisałem po trzeciej w nocy, po paru piwach i kilku wypalonych szlugach. Dla mnie teksty nie są najważniejsze, tylko emocje. Mógłbym ci zaśpiewać te same piosenki o jajecznicy, a gdybym w nie uwierzył, zrobiłbym to na tyle wiarygodnie, że i ty byś w to uwierzyła . Na płycie wszystko do siebie pasuje. Ma głęboki sens. Mnie najbardziej rozwaliło „Zostań”, a ciebie?

„Zostań” to pierwsza piosenka, którą usłyszałam w radiowej Trójce. Mówiłam Ci, że oddech wstrzymałam w czterdziestej pierwszej sekundzie, gdy kończysz śpiewać frazę: „zostań do rana raz”.
I co wtedy poczułaś?

Że boję się prostych słów.
Zróbmy odnośnik do „Uleciało”. Widzisz, to często właśnie te słowa, których się nie wypowiada.

„Bumerang” to płyta o miłości czy jej braku?
Mówiąc o miłości, często śpiewa się o jej deficycie albo o tym, że chcesz mieć taką miłość, w którą wierzysz. Płytę tworzyłem, kiedy moje relacje z różnymi ludźmi były trochę popaprane. Nie jestem strasznie smutnym typem, ale czasem znudzonym.

„Dam ci za to polne kwiaty” w „Dla mamy” to podziękowanie, że pozwoliła Ci być sobą?
Za to, że pozwalała mi przejechać się na błędach.

Na epce jest utwór „Joe”, który śpiewasz do synka. W „Dla mamy” jest podobny ładunek emocjonalny, tylko Ty jesteś tym dzieckiem.
Jest jeszcze jedna taka piosenka – właśnie „Bumerang”. W mamie denerwowało mnie tylko jedno. Kiedy byłem mały i miałem już swój rowerek, to chciałem nim jeździć na drugą stronę ulicy po cukierki. Mama mi tego zabraniała, bo za bardzo martwiła się tym, że będę sam przejeżdżał przez ruchliwą drogę. A musiała przecież wiedzieć, że nie będę rozglądał się na boki.

„Kiedyś też mi się zdawało, że za dużo już widziałem”.
Bo chyba wszystko już w życiu widziałem, oprócz śmierci.

Nie jesteś na to „wszystko” trochę za młody?
Nie, bo co miałbym niby robić? Cieszyć się, że jestem teraz popularny i chodzić na imprezy z ważnymi ludźmi?

Nie mówię o Tobie w kontekście śpiewania, tylko w kontekście radości.
Gburem też nie jestem. W muzykę wrzucam to, co mnie wkurza i boli. Adekwatnie do melodii pojawiają się w mojej głowie słowa. Zwykle po angielsku, dopiero potem zamieniam je na polskie.

To właśnie szeroko pojęta miłość jest bumerangiem? Dlatego „Zostań” rozbiło Cię najbardziej?
Wyobraź sobie coś. Tyrasz na budowie w Warszawie przez cały tydzień, po dziesięć godzin dziennie. Po pracy lecisz do studia i cały czas jesteś sama. Albo grasz muzykę na większych lub mniejszych koncertach. Co weekend zjeżdżasz do domu. I tam, w tym domu, masz dwuletniego synka. On nic nie kuma, a może tylko tak ci się wydaje, ale nic nie mówi. Co weekend starasz się uciekać nocą, żeby nie widzieć tego momentu, gdy jest mu smutno, że wyjeżdżasz z torbą. Sam ten fakt cię rozwala i to bardzo, ale najbardziej…

…kiedy on mówi, żebyś został?
Tak, gdy dziecko mówi do ciebie „zostań”. To mnie kiedyś zabiło, po prostu zabiło.

Na tej płycie jest jeszcze taki jeden strzał. I jedna niedokończona fraza.
„Wierz mi albo nie, od dawna już wiem”?

Zrozumiałam, co można po cichu wiedzieć, gdy w piosence są jeszcze wersy – „te stare płyty weź, lubiłaś je, i tak na pamięć znam ich każdy dźwięk”, a „dzieciom mów, że w święta odwiedzę je”.
Każdy w swojej głowie albo sercu goni marę senną. Ma uosobienie piękna, miłości i najlepszego człowieka, z którym chce spędzić resztę życia. Często to wyobrażenie jest tak silne, że zakochuje się w pierwszej lepszej osobie, która okazuje się totalnym nieporozumieniem.

Dobra, można do tej piosenki podpiąć rozstania, zdrady i brak miłości. Ale w teledysku dwoje starszych ludzi jednak tańczy ze sobą w takt.
No i właśnie ten teledysk jest jeszcze większym wpierdolem. Oni jednak tańczą, bo są ze sobą od początku do końca. Są sprawy, których słowami nie da się opisać.

I właśnie to w muzyce jest najlepsze. Tam, gdzie kończą się słowa, zaczynają się czyste emocje.
No, czyste.

Ciebie na siłę wciskają w uniform romantycznego blokersa?
Dziś jestem w koszuli, bo akurat bluzy mam w praniu.

Podczas naszej pierwszej rozmowy powiedziałeś, że nie chowasz swojej wrażliwości, tylko tak wyglądasz.
Zawsze miałem spodnie z krokiem w kolanach, piłem browary z kolegami i rozbijałem się po blokach albo gdzieś na krańcach świata. Nie było tak, że skoro uczęszczałem do szkoły muzycznej, to biegałem w krawacie, a rodzice podwozili mnie na zajęcia. O ciuchach jednak gadamy… zatem wiedz, że w bluzach z kapturem chodziłem od zawsze. Być może dlatego, że jednak lubię się schować.