Kortez: Nie trzeba krzyczeć

- W robieniu muzyki wychodzę od emocji – mówi Kortez. (fot. Łukasz Piecyk)

Jeszcze kilka miesięcy temu nikt o nim nie słyszał, a na koncie ma zaledwie kilka zagranych koncertów. Dziś tysiące ludzi pytają jednak o to, kim jest muzyk, który szturmem zdobywa Listę Przebojów Trójki? O tym i szczęśliwych przypadkach, twórczym fermencie oraz sile słowa z Kortezem rozmawia Aleksandra Radzikowska.

Debiutanci często chcą zakrzyczeć świat swoją muzyką, a Ty śpiewasz do ucha – to pomyślałam, gdy pierwszy raz trafiłam na „Zostań”.
Jestem szepczącym debiutantem (śmiech). Wydaje mi się, że czasami nie trzeba głośno krzyczeć, żeby zostać usłyszanym. Ta piosenka jest dość specyficzna, bo nie jest wyjątkową kompozycją, ale ma niezły tekst i jest dobrze zrobiona. Zawsze pisałem utwory głównie dla siebie. Teraz zdarza się, że będąc na budowie, słyszę swój numer w radiu… Dziwne uczucie, podobnie jak widok wpatrzonych we mnie ludzi na koncercie. Uwierz mi, że to ja jestem najbardziej rozpieprzonym emocjonalnie gościem w klubie, w którym gram.

Widziałam – jeden Kortez, jedna gitara i ciary.
Dzięki, ale wiesz, do niedawna w ogóle nie myślałem o graniu koncertów, czy wydaniu płyty. To było poza zasięgiem mojej wyobraźni. Piosenki pisałem do poduszki i tak to zostawiałem.

A dziś tysiące ludzi pytają, skąd Ty się wziąłeś?
Bliscy często mówili mi, żebym poszedł na jakiś casting, ale to nie są moje klimaty. Wiedziałem, że przede wszystkim muszę pracować, żeby mieć pieniądze na przeżycie. Łapałem się różnych dorywczych zajęć, a nocami tłukłem piosenki. W grudniu 2013 roku pojechałem z siostrą i jej narzeczonym do Rzeszowa, żeby odwiedzić znajomych. Następnego dnia zatrzymaliśmy się nagle pod szkołą muzyczną; powiedzieli, że zgłosili mnie na precasting do „Must Be The Music” i nie ma już odwrotu. Byłem zmęczony i wściekły.

Zaśpiewałeś?
Tak, gitarę mieli w bagażniku. Poszedłem tam, wypełniłem papiery i czekałem zestresowany. Nic nie dodawało mi otuchy. W końcu wszedłem do jakiegoś pokoiku, wyjąłem gitarę i zaśpiewałem. Dostałem zaproszenie na casting główny. Wybiegł za mną jeden gość i powiedział, że jeśli będę chciał nagrać te piosenki, to mi pomoże. Na głównym przesłuchaniu dostałem dwa „tak”, dwa „nie”. Nie było dogrywki i odpadłem. Znowu wybiegł za mną ten sam gość.

Czyli kto?
Paweł Jóźwicki. Zaproponował, żebym przyjechał do Warszawy i w jego studiu nagrał demo. W kwietniu tamtego roku podpisałem umowę z Jazzboy Records. Zacząłem pracę nad płytą z Olkiem Świerkotem, a jakiś czas później Józek pokazał szkice piosenek kilku dziennikarzom. Podobno się spodobały. Piotr Stelmach z „Trójki” zaczął grać „Zostań” i tak to się – nieoczekiwanie – zaczęło.

Tak trafiłam na ten utwór trzy miesiące temu. Stelmach udostępnił go i napisał: „Ten facet komuś kiedyś coś zrobi. Ciary.” Chciałam się przekonać.
I co? Weszło?

Weszło. Od pierwszego zasłuchania, po 41. sekundzie, gdy śpiewasz: „zostań do rana raz”. Muzyka tak często odzierana jest z tajemnicy, a z Tobą jest inaczej – nie wiadomo prawie nic.
Bo za bardzo nie ma o czym mówić… W robieniu muzyki wychodzę od emocji. Czasem jakieś brzmienie rodzi we mnie melodię i myśl muzyczna odpala się w trzy sekundy, a czasem trzeba jej trochę w sobie poszukać.

Na ulicy nie obstawiłabym, że taki koleś w bluzie kapturem może wyśpiewać „Zostań”. Dobrze się maskujesz.
Bo wyglądam jak ziomek, a nie Elvis? Wiem, że to nie pasuje do mojego wyglądu, ale od zawsze chodzę tak ubrany. Może jedynie zmniejszyłem obwód w spodniach, ale tylko dlatego, że to ciągłe podciąganie ich było niewygodne. (śmiech)

„Wiesz, życie bym dał, byś nie musiał bać się o to, co straciłem sam” – śpiewa ziomek w bluzie do… swojego synka?
Tak, do niego właśnie mówię Joe. Na początku wstydziłem się śpiewać po polsku, bo bałem się, że za bardzo się odkryję. Już na studiach zacząłem coś pisać i rozumieć, jak potężną słowa mają moc – że zależą od kontekstu, w jakim je ukażę, sposobu łączenia w pary.

Rzeczywiście, myślę jedno, gdy słyszę Happy End i „jak się masz, kochanie, jak się masz?”; a coś kompletnie innego mam w głowie, gdy Nosowska śpiewa: „a jak ty się masz?”
To jest wpierdol. Koniec, strzał i pozamiatane. Tak często nie wiadomo, co samemu sobie na to proste pytanie odpowiedzieć… U mnie ferment twórczy wywołują sytuacje albo rozmowy. Słucham siebie, otocznia, ludzi; wszystkiego, co we mnie mówi, krzyczy, śpiewa, szepcze i milczy. Z tego buduję muzykę.

Chodzę na koncerty i widzę, że coraz więcej osób chce takie wydarzenia posiadać, a nie w nich uczestniczyć. Zrobić zdjęcie, nagrać filmik, zamiast pozwolić muzyce po prostu przez siebie przepływać. Na Twoim koncercie łapali każde słowo.
Wiem, o co ci chodzi – o to „coś” niedostępne w innych okolicznościach. Dla mnie muzyka jest pokarmem – śniadaniem i kolacją – jest miłością, jest seksem. Póki co, jest wszystkim i mam nadzieję, że tak zostanie.

A masz tak, że nie słuchasz muzyki z żadnego nośnika, a i tak siedzi Ci w głowie?
Tak, a czasem nawet mi się śni. Piosenka, nuty albo słowa. W ogóle w głowie mam naturalistyczne obrazy, moje teksty też takie są – wywlekanie wszystkiego na wierzch w czystej postaci. Jadę jakimś środkiem transportu, idę ulicą albo stoję w kolejce po bułki i słyszę melodię, pojedyncze słowo albo frazę, które pojawiają się nagle. Zaczyna się ferment. Jestem bardzo czuły na takie bodźce i nie chowam tej swojej wrażliwości. Ja tak tylko wyglądam (śmiech).