Krystyna Kuta: złe słowo nie zniszczy nadziei

"Krystyny Kuty 25 lat wolności", film w reżyserii Mirosława Rogalskiego, to opowieść o nadziei (fot. Adam Zakrzewski)

Krystyna Kuta, legenda toruńskiej „Solidarności”, nie czuje się bohaterem. Jest nim, jej zdaniem, tylko ten, kto podczas działalności opozycyjnej narażał życie lub zdrowie. „Kika” wiedziała, że nawet jeśli zamkną ją w areszcie, rozdzielą z córką – to w końcu wypuszczą, nie zabiją. Po prostu, wybierała pomiędzy tym co łatwe a słuszne.

O Polsce i o tym jak kraj wygląda po 25 latach wolności – nie chce dziś mówić. Angażowała się w destrukcję systemu komunistycznego, bo uważała, że tak powinna. Chciała zburzyć tamten porządek świata. By być wolnym człowiekiem i móc wybierać. Wciąż jest tej idei wierna, niewiele się w niej zmieniło. Nawet włosy, podobnie jak ćwierć wieku temu, plecie w gruby warkocz.

Właśnie taką pamiętają ją do dziś dawni znajomi: dziewczynę spacerującą po Toruniu, trzymającą w jednej ręce córkę, w drugiej wiklinowy koszyk z „bibułą”. Nie bała się, bo wtedy nie można było się bać.

Chciałam burzyć, budowanie zostawiłam innym – mówi Krystyna Kuta. – Nikt z nas nie wyobrażał sobie tej Polski dzisiejszej. Jest nasza, choć niedoskonała.

Te słowa była opozycjonistka powtórzyła po prapremierze filmu „Krystyny Kuty 25 lat wolności” w reżyserii Mirosława Rogalskiego. Były kwiaty, słowa wdzięczności i brawa. „Kika” nie miała jednak czasu na długi toast. Późnym wieczorem musiała sprzątać klatki schodowe.

Z opozycją związała się na studiach kolportując niezależne publikacje pochodzące głównie ze środowiska KSS „KOR” i regularnie przewożąc „bibułę” z Warszawy. Od dnia swoich 23. urodzin w 1979 roku uczestniczyła w studenckich spotkaniach samokształceniowych w Toruniu. Także podczas studiów miłość do słowa złączyła ją przyjacielską więzią z kolegą z roku – Grzegorzem Ciechowskim.

– Uczyłam się przed egzaminem i ktoś wytrącił mnie z równowagi puszczając tzw. „zajączki” – mówi z uśmiechem. – Nagle w oknie zobaczyłam wielką, ogoloną głowę. To był Grzegorz. Dostał ode mnie nawet jakieś ściągi, potem poznaliśmy się lepiej podczas spotkań, na których prezentowaliśmy swoją twórczość i rozmawialiśmy o literaturze.

Od tego czasu byli obecni w swoim życiu, choć w sposób niedosłowny, nawet podczas jej aresztowania. Zanim jednak „Kika” naraziła się władzy na dobre, tworzyła i redagowała legalny periodyk związkowy „Sprawy”. Internowana została 13 grudnia pamiętnego 1981 roku. Najpierw siedziała w Fordonie, potem w Gołdapi do 24 lipca 1982 roku. Po wyjściu na wolność włączyła się do działań podziemnej „Solidarności”, znowu zajmując się kolportażem. Pod tym zarzutem spędziła w aresztach śledczych w Toruniu i Grudziądzu trzy miesiące – od kwietnia do lipca 1984 roku. To wtedy słuchając w celi „Obcego astronoma” znajdowała nadzieję. Już sam głos lidera Republiki dodawał jej sił.

– Nasze drogi w pewnym momencie się rozeszły, ja poświęciłam się działalności opozycyjnej, on muzyce – mówi Krystyna Kuta. – Celowo nie utrzymywałam z nikim spoza „kręgu”

bliskich relacji, bo naraziłabym ich na nieprzyjemności. Byłam przecież obserwowana… Jednak, gdy po latach Grzegorz grywał w Toruniu koncerty, bez słów padaliśmy sobie w ramiona.

„Kika” została zwolniona z aresztu śledczego w wyniku amnestii z okazji 40-lecia PRL. Przystąpiła do Solidarności Walczącej, zostając jednym z jej zaprzysiężonych członków i współtworząc oddział tej organizacji w Toruniu. W tym okresie wypracowała kanał kontaktów między Toruniem, Wrocławiem i Poznaniem. W latach 80. jej życie było nieustannie „urozmaicane” przez Służbę Bezpieczeństwa ciągłymi przeszukaniami i krótkimi zatrzymaniami w aresztach milicyjnych.

– Od szmat wyzywali mnie niejeden raz – mówi Krystyna Kuta. – Chcieli nas zniszczyć słowem, ale myśli nie mogli ocenzurować. Łapanki urządzali często na pokaz. Wielu zatrzymywali, by później wypuszczać. Nie mogliśmy się bać, strach eliminował. Ufaliśmy sobie w każdym momencie.

„Kika” mówi o tym bez patosu, zwyczajnie. Z uporem powtarza, że robiła to, co uważała za słuszne. Tak jest do dziś, dlatego od czasów studenckich nie zrezygnowała z pracy sprzątaczki. To jej wybór i m.in. dlatego w 1983 roku WUSW w Toruniu inwigilowała ją w ramach SOR (Sprawa Operacyjnego Rozpracowania) pod kryptonimem „Sprzątaczka”. Dziś wciąż pomaga, nie tylko ludziom. W jej domu pełno ocalonych kotów i psów. Regały zaś uginają się od książek, z których kilka pozycji jest jej autorstwa.

– Dobro, skromność, to moje skojarzenia z Krystyną – mówi Joachim Biernacki, przyjaciel i były warszawski opozycjonista. – Całe tamte lata były literaturą, jakkolwiek by to nie zabrzmiało. Czasem solidarności.

Czym dla „Kiki” jest dziś to słowo?

– Ono ma już inne znaczenie – mówi. – Solidarność była wtedy, gdy prawie nikt nie mógł kupić chleba, a wszyscy mieli co jeść… Chcieliśmy poznać smak naszej wolności, a wiary dodał nam Jan Paweł II. Mieliśmy poczucie słuszności sprawy. Tego nie dał rady stłumić stan wojenny ani złe słowo i przemoc fizyczna. One nie zniszczą nadziei.

W 2000 roku Krystynie Kucie przyznano odznakę Zasłużonego Działacza Kultury, a rok później Srebrny Krzyż Zasługi. Dziś mieszka na toruńskich Wrzosach. Raz w tygodniu, ciągnąc za sobą wózek, idzie do lasu, by zbierać chrust. Czasem pisze też wiersze.

Niczego w życiu nie żałuje.