Krzysztof Hołowczyc: Walczę o każdy centymetr trasy

HOLOWCZYC Krzysztof (Pol) Mini ambiance during the Dakar 2015 Argentina Bolivia Chile, Car Marathon Stage 7a / Auto Etape Marathon 7a, Iquique to Uyuni on January 10th 2015 at Iquique, Chile. Photo Francois Flamand / DPPI (Fot: oficjalna strona KH)

O wywoływaniu wilka z lasu, nowych wyzwaniach w rallycrossowych Mistrzostwach Świata, szalonych kibicach, nadszarpanym wizerunku i „scenie ostatecznej”, z wielokrotnym Mistrzem Polski, zdobywcą tytułu Mistrza Europy i trzeciego miejsca w legendarnym Rajdzie Dakar, kierowcą wyścigowym i rajdowym, Krzysztofem Hołowczycem, rozmawia Marcin Tokarz.

Czy udało się już wylizać po zderzeniu z betonowym blokiem w rallycrossowej serii RX w Barcelonie?

Dochodzę do siebie. To uderzenie było potężne, choć bywało już gorzej. Nieraz przecież miałem przed oczami swoją scenę ostateczną, a jednak jakoś żyję. Tak czy inaczej jedziemy do Stambułu, gdzie będziemy się ścigać. Jedynym zmartwieniem jest samochód. Na szczęście chłopcy twierdzą, że do Turcji wybiorą się dwa dni wcześniej, a to wystarczy, by na nowo uzbroić auto w dobre nastawy. Najważniejsze, żeby geometria kół była idealna.

Po ogłoszeniu swojej decyzji startów w rallycrossie uspokajał pan wszystkich, że ta dyscyplina jest bezpieczna, dopóki auto nie zderzy się z bandą. Ktoś tu coś wykrakał…

Sam się z tego śmieję, a to w dodatku nie pierwszy raz. Lata temu, chyba podczas Rajdu Warmińskiego, przestrzegałem wszystkich przed wystającym betonem w postaci wielkiej donicy. Oczywiście sam w nią uderzyłem. Można się pośmiać, że to wywoływanie wilka z lasu, ale lepiej być świadomym podejmowanego ryzyka.

Czyli nie ma mowy o zlekceważeniu nowej dla pana dyscypliny?

Nie, nie, absolutnie. Wciąż mamy świadomość, że na złapanie dobrego rytmu w nowej dyscyplinie potrzeba 2-3 lat. Czekamy na ten moment z pokorą. Umówmy się, w tej chwili specjalizacja jest ogromna. Zmiana, jakiej się podjęliśmy, wymaga od nas poświęcenia bardzo wiele czasu. Niemniej za rok planujemy jeździć supercars’ami.

Dla rallycrossu musi pan zmienić siebie.

Oczywiście. W ułamku sekundy musisz zrobić to wszystko, na co w Dakarze miałeś parę godzin. Jeśli spóźniłeś start ułamek sekundy, twoje szanse na wyprzedzanie maleją. Później gdzieś popełniasz minimalne błędy, a to odsuwa samochód o dwa metry, trzy metry. Nagle spostrzegasz, że gość przed tobą odjeżdża, więc zaczynasz przyspieszać, ale to przynosi kolejne straty. Wtedy trzeba się trzymać perfekcyjnej jazdy, choć pewnych rzeczy i tak się nie nadrobi.

Incydent z Barcelony pokazał jednak, że czasem przychodzi też płacić za błędy innych…

Kiedy chłopcy „składali mnie w kanapkę”, zachowałem się przytomnie. Wcisnąłem hamulec, uciekłem do tyłu, poszedłem do wewnętrznej. Wyglądało to bardzo dobrze, bo oni się tam dalej prali szczepieni ze sobą, ale niestety oberwałem jakimś rykoszetem, no i musiałem iść w ścianę. Później z pewną premedytacją poszedłem do tych młodzików, niemających naprawdę żadnych sentymentów. Chłopaki z supercars’ów dziwią mi się, co ja robię w serii RX, w której non stop jest się obijanym. Młodzież po prostu nie popuszcza. Samochody są prawie identyczne i niestety trzeba walczyć w zasadzie o każdy centymetr nawierzchni.

Do wyboru miał pan jednak sporo innych dyscyplin motorsportowych. Co przemawiało za rallycrossem?

Do rallycrossu przekonały mnie dwie kwestie. Po pierwsze – rosnąca popularność tej dyscypliny. Marzy mi się, żebyśmy rozpropagowali ją w Polsce. Po drugie – na przestrzeni ostatnich 8-10 lat stałem się fanem żużla.

Właśnie „zaplusował” pan wśród torunian.

Przyjeżdżałem do was czasami. Kiedy oglądam te zawody, zawsze urzeka mnie atmosfera na stadionie, to jak reagują kibice. Zauważyłem jak skondensowany jest żużel w porównaniu do naszych rozlazłych rajdów. Kibice trzy razy na dzień może nas zobaczą po 10 sekund i tyle mają z widowiska. Pod tym względem rallycross jest podobny do żużla i dlatego widzę w nim przyszłość motorsportu. Dodatkowo, jak ma się świadomość, że coś dysponuje mocą 650 KM i przyspiesza do „setki” w mniej niż dwie sekundy, to od razu chce się w tym siedzieć.

Czy oficjalne ogłoszenie końca kariery w rajdach terenowych było zależne od uzyskania pierwszej lokaty w Baja Poland?

Śmiało powiem, że bardzo chciałem skończyć ten rajd na podium. Wiedząc, że przyjdzie mi rywalizować z Nasserem al-Atijja, najszybszym kierowcą w cross country, zwycięzcą ostatniego Dakaru, oraz całą czołówką walczącą o Puchar Świata, marzyłem o odejściu w chwale. Wolałem nie skończyć rajdu niż jechać trochę wolniej, ale udało się uzyskać fantastyczną przewagę nad Nasserem. Leciał jak mógł, jednak popełnił błąd na drugim przejeździe. Złapał kapcia, a że my jechaliśmy wcześniej równo z nim co do sekundy, szanse na wygraną mieliśmy już duże. Na moim etapie kariery bardzo potrzebowałem tego zwycięstwa.

Niektórzy złośliwi nazywają Rajd Dakar przedsionkiem do emerytury sportowych kierowców. Pan go jednak przebył i walczy dalej.

Przez te 10 „dakarowych” lat dwa razy złamałem kręgosłup, kilka razy miałem połamane żebra, dlatego lekarze coraz zapalczywiej odsyłają mnie na emeryturę. Myślę jednak, że rallycross będzie takim miejscem ograniczonego zużywania organizmu, bo największym problemem Dakaru jest to, że gdy doznasz kontuzji pierwszego czy drugiego dnia, musisz z nią przetrwać dwa tygodnie.

Zatem pozwoli pan kibicom jeszcze trochę pokibicować?

Nie mają się czym martwić, ale też oni mnie na emeryturę tak łatwo nie puszczą. Kiedy ogłaszałem koniec mojej kariery rajdowej, wszyscy nie dowierzali, a ktoś krzyknął nawet, że nie mam do tego prawa. Uspokoiłem ich, że na Baja Poland i tak co roku będę przyjeżdżał. Oczywiście, już bez ulegania presji wyniku, jak ma to miejsce w przypadku Rajdu Polski, gdzie uzyskuję mniej więcej 10. lokatę. Na szczęście kibice rozumieją, że mam inne ambicje. Jeszcze niedawno przepraszałem za swój rezultat, dopóki nie usłyszałem, że póki startuję w zawodach, mogę jeździć nawet tyłem.

Zawsze podkreśla pan wagę roli kibiców w każdym sporcie. Zdarzają się im karygodne wpadki, jak to miało ostatnio miejsce w GP Singapuru w F1, gdzie doszło do wtargnięcia na tor podczas wyścigu.

I tak mamy lepiej niż kibice piłki nożnej, którzy po meczach toczą regularne bitwy z pałami w dłoniach. Kibic motorsportu będzie chciał najwyżej przez chwilę zaistnieć. Bywa, że dochodzi wtedy do potrącenia czy przejechania, ale powiedzmy sobie jasno – przy sportach, w których wchodzi w grę ryzyko, ono sięga też kibiców. Pamiętam czasy, kiedy startowałem w Rajdzie Portugalii, gdzie wylatywało się z hopy i nie było widać za nią drogi zasłanianej przez szalonych kibiców. Spytałem wtedy ś.p. Colina McRae, jak to robi, że w pełnym pędzie ląduje z taką precyzją. Poradził mi, żebym celował w największe skupiska ludzi, bo tam jest środek drogi. Towarzyszył temu ogromny stres, ale wylatywałem z hopy z prędkością 140 km/h, leciałem w powietrzu, a ludzie zwyczajnie się rozchodzili. Kiedy spadaliśmy na ziemię, oni z powrotem się schodzili. Dziś by to nie przeszło.

Ze względu na bezpieczeństwo. Przez całą karierę pan je promował także poza OS’ami w licznych kampaniach społecznych. Potem wynikła kwestia tego kontrowersyjnego mandatu, którego nie chciał pan przyjąć. Nie obawiał się pan wtedy, że sprawa zyska rozgłos szkodliwy dla pana wizerunku?

Ja wtedy byłem święcie przekonany, że nie złamałem przepisów i wciąż to utrzymuję. Gdybym się tego dopuścił, grzecznie zniósłbym karę albo prosił o pouczenie. Ta sprawa od początku do końca była kuriozalna. Policjant proponował mi najpierw mandat za przekroczenie prędkości o 50 km/h w terenie zabudowanym. Potem nagle zmieniono zarzut. Cała sytuacja została wyciągnięta do mediów 14 miesięcy później, kiedy zdobyłem podium w Dakarze. To bardzo smutne, bo tak, jak pan podkreślił, przez wiele lat angażowałem się w akcje na rzecz bezpieczeństwa drogowego, a to zajście nadszarpnęło moje dobre imię. Ja się obawiam, że oprócz źle funkcjonującej aparatury pomiarowej, zadziała niestety presja tzw. nabijania statystyk policyjnych. Na sam koniec zrozumieliśmy, że gdybyśmy wygrali tę sprawę, całe mnóstwo kierowców, będących w tej samej sytuacji, podniosłyby trudny do opanowania gwar.

Tymczasem wziął pan udział w kolejnej akcji o nazwie „Zarycz dla życia”, w ramach której kierowcy rzucają sobie wyzwanie intonacji dźwięku silnika. Który ze wszystkich obecnych w motoryzacji pana najbardziej kręci?

Kocham dźwięk starej Formuły 1. Miałem kiedyś okazję doświadczyć go na żywo, nawet z bliska, bo w pitstopie. To coś przerażającego i pięknego zarazem.

A który najbardziej irytuje?

Dźwięk silnika 1.6 turbo nowej Formuły 1, gdzie musieli biedaki wuwuzelę dokładać, żeby uzyskać jakiekolwiek brzmienie. To wielka porażka.