Krzysztof Wachowiak: Urzędnicy nie są od organizowania imprez

Krzysztof Wachowiak jest twórcą festiwalu NADA (fot. Łukasz Piecyk)

– Aby stworzyć markowy festiwal muzyczny w Toruniu, musimy spełnić szereg warunków, które nie zawsze są zależne od naszych chęci i umiejętności. Wypracowanie formuły, która będzie coś znaczyła w Polsce, musi jednak potrwać – twierdzi Krzysztof Wachowiak, właściciel klubu NRD.

Odpowiedzialność za brak wydarzenia muzycznego, które przyciągałoby ludzi z całej Polski, spada często na Urząd Miasta. Słusznie?
Nie zgadzam się z tym. Urzędnicy nie są od organizowania imprez. Uważam, że może i magistrat dokłada swoją cegiełkę do tego braku markowego festiwalu muzycznego przez rozdrobnienie funduszy, ale większe problemy są gdzie indziej. Ba, stanę w obronie magistratu, bo pracując z poszczególnymi wydziałami, poznałem wiele fajnych osób, które są kumate, rozmawiają, pomagają. Oczywiście są i tacy, o których chciałbym zapomnieć i już nigdy nie musieć współpracować z nimi, ale to jest po prostu zwykły czynnik ludzki. Gdy przychodziłem kilka lat temu do Wydziału Kultury jako nowy właściciel NRD, klubu z nie najlepszą opinią, to startowałem z poziomu „mniej niż zero”, bez żadnych znajomości. Mimo wszystko zaufali mi i dzięki temu powstał m.in. projekt Steve Nash & Turntable Orchestra. To jest wypadkowa dobrej współpracy na linii artysta z pomysłem, koordynator, pomoc miasta i sponsorzy. Tak to powinno działać. To jedna z recept na kreowanie fajnych zjawisk, które pozytywnie oddziałują na mieszkańców i obraz miasta.

Ja ci zaufam i liczę, że wiesz, co jest w takim razie nie tak z Toruniem.
To dla mnie znak zapytania. Pomysły ma każdy, wizjonerów jest wielu, ale trzeba to jeszcze zrealizować. Ameryki nie odkryję, jeśli powiem, że jedno od drugiego dzieli sporo i udaje się nielicznym. W Toruniu niestety jest bardzo sporo osób, które dużo mówią, a mało robią, czym tylko pogarszają sytuację kulturalną w mieście. Wolę zdecydowanie działania aniżeli wymądrzanie się. Ja sam ciągle poszerzam siatkę kontaktów, ale nie mam ciśnienia. Robię to swoim rytmem i jeżeli coś nie wychodzi, to po prostu idę dalej.

Autostrada, pobliskie lotniska, dobra komunikacja autobusami czy pociągami – to są na pewno zalety grodu Kopernika. Coś jeszcze byś dodał?
Mamy gdzie zrobić wydarzenie. Nikt nie dostanie od razu od potencjalnych sponsorów miliona złotych na zorganizowanie imprezy plenerowej np. na lotnisku, więc trzeba zacząć od posiadanej już bazy. Mam nawet gotowy pomysł na stworzenie ze starówki miasteczka festiwalowego z trzema scenami na Jordankach, w Teatrze im. Wilama Horzycy i w Dworze Artusa. Znalazłem nawet sponsora, któremu ta wizja się spodobała i był chętny udzielić wsparcia finansowego. Niestety, w ostatniej fazie ustalania szczegółów wycofał się.

Bo?
Tutaj pewnie akcjonariusze ostatecznie stwierdzili, że lepiej będzie zainwestować gdzie indziej. Promować swoją firmę w inny sposób. I to jest ok. Byłem smutny, ale jest to dla mnie zrozumiałe. Jest też tak, że przedsiębiorstwa częściej wybierają sport niż kulturę, bo tam jest prawdopodobieństwo większego zwrotu z inwestycji, większa promocja. Tak przynajmniej uważają.

Wiele festiwali zaczynało od mniejszego lub większego pułapu organizacji, rozrastając się z kolejnymi latami. Zgodzę się, że trzeba zaczynać od podstaw, ale może w Toruniu nie ma kto partycypować? Badania sprzed dekady pokazywały, że w kulturze w Toruniu uczestniczy od 3 do 5 tysięcy osób. Obecne szacunki to maksymalnie 5 procent.
Naszym problemem jest odpływ młodych osób. Kończą studia i wyjeżdżają do większych ośrodków, ale to tendencja globalna. U nas biznes nie łączy się z kulturą, nie ma mocnej branży kreatywnej. W mniejszych miastach kultura udziału w życiu miasta, korzystania z jego usług, kawiarni, restauracji dopiero się rozwija. To zestaw naczyń połączonych. Na razie ludzie po studiach „dorabiają się”. Zaspakajają swoje podstawowe potrzeby życiowe, później jest rozrywka, dopiero później kultura i sztuka. To rozróżnienie na rozrywkę i kulturę jest bardzo ważne. Ale jestem przekonany, że ta pierwsza w końcu im się znudzi i naturalnym jest dalsze poszukiwanie tam, gdzie jest sztuka.

W kraju jesteś najczęściej kojarzony z festiwalem NADA, który jest bardziej rozpoznawalny w Polsce niż w Toruniu.
Gdy rezerwuję niszowego, alternatywnego artystę do Torunia, to zawsze potem jest męczarnia ze sprzedażą biletów, wypełnieniem sali. I to nie tylko na festiwal. Te same zespoły w innych, dużych miastach wyprzedają się natomiast w dwa, trzy dni. Rolą ludzi kultury jest kreowanie gustów. Często to mozolna praca. Ale mimo tych problemów lubię to i coś determinuje mnie do dalszego działania w tym kierunku. Lubię się chwalić tym, że The Dumplings i Kortez jedne z pierwszych koncertów grali właśnie w NRD. Strach przed nieznanym często jest porażający i być może z tego powodu publika ma się u nas gorzej. Bo zawsze początki są najtrudniejsze. Jak przekonać, że zespół, który przyjeżdża i nie jest jeszcze znany, jest zajebisty i warto zapłacić za to nieznane przykładowe 20 zł? Motywują mnie telefony i wiadomości od gości moich wydarzeń w stylu „Krzysiek, to był super zespół, muszę go bliżej poznać, dzięki za ten koncert”.

No tak, wszystko kosztuje…
Portfele Polaków, młodych szczególnie, nie są zasobne. Na szczęście Scena Letnia na barce pokazuje, że jest sens pokazywania nowej muzyki. Koncerty Bitaminy czy Rosalie ściągnęły tam sporo osób.

Nie boisz się, że ściągniesz sobie na głowę wrogów, „odbierając im” z miejskiej puli pieniądze?
Jeśli sprzedam moją wizję, to czego mam się bać? Tak to działa. W moim środowisku i tak kilka osób ma mi za złe, że pozyskuję więcej pieniędzy, mimo że działam tutaj krócej. Jestem akurat z tego dumny, bo, jak wspominałem, zapracowałem na to, zaczynając od naprawdę niskiego progu. Ze zniszczonego klubu, któremu nikt nie dawał szans przetrwania i z zepsutą reputacją wśród urzędników.

Może już taki los Torunia, że nie pojawimy się na mapie festiwali muzycznych?
Być może obecna oferta spełnia wymagania mieszkańców, a garstka ludzi po prostu szuka dziury w całym. Ja jednak robię swoje. Nie uda się, to się nie uda.