Kultowy bar „Adaś” klonuje się. „Szwajcara z serem i fątą orąż” zjesz także w Collegium Humanisticum

Adam Kadzidłowski prowadzi legendarny bar w Bibliotece Głównej od piętnastu lat (fot. Łukasz Piecyk)

W gastronomii pracuje już trzydzieści lat. Sam mówi, że na uniwersytecie znane są tylko dwie osoby – on i rektor. Od piętnastu lat serwuje w Bibliotece Głównej najlepsze spaghetti w mieście. Za „czwórkę”. Tylko w tym miejscu zjesz „białą z padliną z wora”, „tosty mix malowane”, „szwajcara z serem i fątą orąż” oraz napijesz się „męskiego Tymbarka” i „bezmięsnej coli”. Za ladą stoi gość wyglądem przypominający nieco podstarzałego hipisa, który żartem i ironią potrafi rozbroić nawet najtęższe głowy na uniwersytecie.

– Wy jesteście bardziej elastyczni niż ja – mówi Adam Kadzidłowski, właściciel i kultowa postać znana ze studenckiego baru „Adaś”. – Szczęścia sporo miałem w tej swojej „karierze”. Trafiłem w dobry moment i wygrałem przetarg. Ku mojej uciesze, nie powiem, zlikwidowano stołówki wydziałowe. Wpasowałem się i jestem.

Nie ma chyba w Toruniu studenta, który by go nie znał. Na pewno jest bardziej rozpoznawalny od bibliotekarek. Od 1 października rusza na podbój kolejnego wydziału. Jego „filia” będzie mieściła się Collegium Humanisticum.

– Szyld pozostaje ten sam – mówi Adam Kadzidłowski. – Nazwę go „Adaś” i coś dodam. „Bis”, „Klon”, Zgon”? Sam jeszcze nie wiem. Obaliłbyś się, gdybym ci powiedział, ile już pracuję w tej robocie. Od 1985 roku. Z wykształcenia jestem kucharzem. A może lepiej powiedzieć garmażerem.

„Adaś” pracował niegdyś w znanym toruńskim lokalu „Trzy Korony”. Na zachód też go na chwilę wywiało. W Bibliotece Głównej zaczynał skromnie.

– Miałem frytki, mrożoną pizzę i jakieś bułki – śmieje się właściciel legendarnej jadłodajni. – Ale studenci przychodzili, bo po co mieli ganiać gdzieś dalej, jeżeli tutaj mieli najbliżej? Później co chwilę dodawaliśmy coś do oferty i się zrobiła „lista-zajebista”. Teraz będziemy rotowali naszymi specjałami między dwoma punktami. Tam trzeba wszystko zrobić od nowa, bo do tej pory było tak, że jeden dzień było otwarte, a potem trzy dni nie.

Właściciel baru śmieje się, że w przyszłe juwenalia przydałoby się zrobić jakiś benefis z okazji trzydziestolecia pracy.

– Dalibyśmy czadu – mówi charakterystyczny długowłosy brunet z kilkudniowym zarostem.

Studenci zgodnie przyznają na portalach społecznościowych, że „Adaś” karmi kolejne pokolenia. Każdy, kto zawitał w to miejsce, próbował spaghetti. Z serem lub bez.

– No i trzeba dodać, że jak się wracało „czerwoniakiem” na stancję, to ludzie od razu wiedzieli, gdzie byłeś na obiedzie – mówi Piotr, były student politologii. – Ten zapach był nie do podrobienia. Od progu biblioteki go czułeś, a potem nosiłeś na swoim ubraniu kilka dni.

W recenzjach na Facebooku nie sposób znaleźć złego słowa.

– Zeta dżones i spaghetti ze srem – śmieje się na wspomnienie tego miejsca Karolina Jurkowska. – Aż żałuję, że mam teraz tak daleko.

„Adasia” odwiedzamy w połowie września. Jeszcze dwa tygodnie pozostały do rozpoczęcia roku akademickiego. Około piętnastej robi się jednak tak tłoczno, że musimy poczekać na rozmowę kilkadziesiąt minut.

– Wczoraj dałem na „stronce” informację, że dzisiaj pierwszy dzień działamy od dziewiątej – mówi Adam. – No i mszy świętej nie było. Małe spaghetti to dla pań albo dla panów, co nie bardzo mogą. Albo przychodzą na kacu.

Przychodzą tu studenci, pracownicy naukowi i bibliotekarki. Na sam koniec chcieliśmy rozwiać największą wątpliwość, która powstała w ich umysłach. W którym barze będzie teraz można spotkać „Adasia”?

– Klonuję się – odpowiada bez chwili zastanowienia właściciel baru. – Będę tu i tam. A tak poważnie, to w bibliotece zostanie mój syn. Wielu już go zna. Poradzi sobie. Urok osobisty ma po mnie.