Lech Janerka: Nie jestem swoim fanem

Lech Janerka wystąpił w klubie Lizard King podczas piątej edycji festiwalu LuLu.

O świecie metafizyki i fizyki, przekorze i o tym, dlaczego od dwóch lat ma muzykę na całą płytę, ale ani jednego tekstu – z Lechem Janerką, legendarnym polskim muzykiem rockowym, kompozytorem, autorem tekstów i basistą, założycielem zespołu Klaus Mitffoch, rozmawia Aleksandra Radzikowska

Mogę sobie zapalić?

Proszę.

Pytam, bo niektórym to przeszkadza.

Mnie nie, lubię siwy dym.

To zapalę (śmiech).

Chciałam zacząć od małych smutków, ale widzi Pan – nie mogę przestać uśmiechać się po koncercie.

Od pierwszej płyty starałem się równoważyć smutek metafizyczny z energią. Sam przekaz słowny powinien dołować, być niedobry, ale w jego miksie z dźwiękami dochodzi do tego czegoś – już sama musisz to nazwać. Niektóre płyty rzeczywiście robiłem przez szarą nutę, ale koncertowy materiał jest przemieszany – raz jest poważnie, raz wręcz głupkowato, jednak pogodnie. Niezbyt głęboko i nie za płytko.

Z przekory?

Wiesz, no ja taki jestem.

Pana rysunki powstawały na podobnej zasadzie – niby wesołe miasteczko, ale ukazane na smutno.

Tak, próbowałem równoważyć te smutne rzeczy takimi, które wprowadzają do trochę innego świata. Nigdy nie przepadałem za szeroko pojętym dołem, chociaż czasami mnie dotykał. Zawsze wierzgałem i próbowałem się z niego jakoś wyciągnąć. Tak działo się już dosyć wcześnie, bo ukonstytuowałem się jako nastolatek – nagle masz siedemnaście lat i wiesz więcej, niż chciałoby się wiedzieć. Trzeba sobie to wytłumaczyć. Trudno pogodzić się ze światem, który jest niedobry w gruncie rzeczy, no więc należy to przepracować. Mnie się udało, bo zamieniałem to na piosenki.

Sam Pan siebie z tego wyciągał?

Tak, tak.

A Bóg?

Ten temat jest już za mną.

Wie Pan, że dalej nic nie ma czy nie wierzy, że coś jest?

Nie wiem, bo niby skąd? Kiedy byłem dzieciakiem, mnie nikt nie poinformował, że istnieje Bóg. Żyłem tak bardzo długo. W ogólniaku czytałem książki, on wypłynął na którejś z kart i zacząłem pogłębiać temat.

Z tęsknoty czy ciekawości?

Raczej z ciekawości. Wierzący mają chyba trochę łatwiej i ja w pewnym sensie też wierzę, ale nie w Boga. Krótko mówiąc w siebie, jednak momentami zazdroszczę innym, czego wyraz dałem na płycie „Fiu fiu…”. Próbowałem, wgłębiając się w teksty religijne i agnostyckie, coś z tego ogarnąć. Niewiele to dało, ale to był dla mnie bardzo ciekawy okres.

Potrzebę metafizyki w życiu załatwia Panu tworzenie?

W pewnym stopniu. Muzyka jest abstraktem – nie ma niczego, pstryk i nagle jest piosenka. Nie wiadomo skąd. Właśnie to dodaje energii i sił. Czasem okazuje się, że nie tylko twórcy, ale i słuchaczowi.

To pomaga Panu testować granice swoich słabości?

Nie jestem muzykalny, nie mam żadnych predyspozycji do tego, żeby być muzykiem. To wszystko z przekory. Nie jestem też fanem swojej twórczości. W ogólniaku zacząłem pisać i komponować, trochę nieudolnie, ale ludziom podobało się to, co robię. Wtedy nie było nachalnej propagandy i handlu muzyką, te piosenki dotykały elementarnych, prostych rytmów, a potem okazało się – jak precyzyjnie ujęła to Nosowska, że piosenka musi posiadać tekst. Doszedłem do tego dzięki perkusiście, gdy tworzyliśmy Klausa Mitffocha. On je pisał, ale były żenujące. Powiedziałem mu to, a on zapytał: to co, zrobisz lepsze?! Na drugi dzień coś przyniosłem, skwitował to krótko – grubo. No i czasami coś napiszę. To jednak muzyka niesie ze sobą światło, cienie i emocje, ona prowadzi tekst.

Od dwóch lat ma Pan muzykę na płytę, ale ani jednego tekstu…

Zapaść. Nie wiem czy chcę komunikować się z ludźmi. Tak samo – nie wiem czy ogarniam świat.

Ale który świat? Pana – ten wewnętrzny czy zewnętrzny?

Nie wiem czy mój ogląd świata nie jest zniekształcony wiekiem i zniechęceniem do towarzystwa. Nie ma takiego przymusu, żeby płyty nagrywać. Do pewnego momentu to robi się samo, a jak się nie robi, to nie. Mógłbym usiąść i je napisać, jestem sprawnym tekściarzem, ale nie chcę. Czekam, aż będę mógł zakomunikować ludzkości coś ważnego.

Często wspomina Pan o Fiszu, czyli Bartoszu Waglewskim.

On pisze je sprawnie i myślę, że wierzy w to, co robi. Jest zamkniętą osobą, ale od czasu do czasu składa relacje z tego, co przeżył. Precyzyjnie operuje słowem, a ja cenię autorskie zespoły.

W piosence „Polepiony” śpiewa o tym, że wewnątrz siebie ma orkiestrę, która grać razem nie daje czasem rady. Pan wspomina, że jest samoporządkującą się formą chaosu.

To u mnie, już niestety, koniec tego samoporządkowania. Do tego potrzeba potężnej energii i koncentracji, a ja nie czuję nic.

Nic?

Zupełnie nic. Próbuję przywrócić w sobie ten dawny stan.

Ale jeśli Pan chociaż trochę żałuje, że jest to „nic”, to może nie jest najgorzej?

To byłby banał, bo wszyscy tęsknią, gdy było fajnie, a nagle nie jest.

Stanisław Lem spełnia w Pana życiu ważną rolę?

Kapitalną i podstawową. Jedyny autograf, jaki mam, jest właśnie od niego – na starym wydaniu „Cyberiady” z ilustracjami Mroza. Jego książki są jednymi z pierwszych, jakie przeczytałem i jakie wbiły mi się w podświadomość. W ogólniaku szalałem – „Doskonała próżnia”, „Summa Technologiae” – przeczytałem wszystko. Obserwowałem go i byłem ciekaw, jaki będzie na starość. Bardzo długo zachował sprawność umysłową. Dał mi wiedzę, że można odlatywać w odmęty, ale odmierzać je wyrazistą miarką. W książkach wypuszcza się w rejony, gdzie fizyka miesza się z metafizyką, ale racjonalizuje to. Ja też dopuszczam możliwość istnienia rzeczy, które fizyce umykają. Do czasu.

Do czasu?

Ludzkość się rozwija, kiedyś było szereg pytań, na które nie znaliśmy odpowiedzi, dziś ten szereg też jest, ale mniejszy. Wierzę w człowieka i postęp. On też wierzył, chociaż może nie do końca. Pamiętam jego przeraźliwą analizę holokaustu.

Czytałam wywiad, jaki z Lemem przeprowadził Stanisław Bereś. Pan w „Daj mi” ze wspomnianej płyty „Fiu fiu…” śpiewa, że: „Pseudo Dionizy wie/I Karol przez duże „p”/Jak to jest gdy się zobaczy/A ja nie widzę nic”. Lem, który z pewnością twierdził, że Boga nie ma, zapytał: czy tam – w niebie – dają lody? Rozczuliło mnie to.

Och, on był człowiekiem wielkiego humoru i dystansu… Jeszcze sobie zapalę.

No to może jednak można będzie dostać te lody (śmiech)?

Te lody (śmiech)? No nie… albo, wiesz co? Masz rację, jeśli ktoś bardzo lubi lody, to pewnie jakoś sobie je sprokuruje.