Leczy ludzi włosem

W perukarstwie nie chodzi tylko o technikę, której można się nauczyć, chociaż nie ma już wielu mistrzów tego fachu. Ważna też jest psychologia (fot. Łukasz Piecyk)

Perukarstwo nie jest dziś sztuką masową. To zawód rzadki – niczym kuśnierz czy kowal. Tym większe jest zdumienie na twarzy klientów, gdy w pracowni wita ich młoda kobieta. Bo Ola Pakulska jest mistrzynią tupecików i tresek, artystką tkania włosów nowej fali

 

Tej profesji uczyła się w Warszawie dziesięć lat temu. W głowie cały czas świtała jej myśl, żeby znaleźć własne miejsce na ziemi, w którym będzie dawała ludziom radość. Szczególnie poruszają ją historie dzieci chorych na raka. Po perukę bowiem przychodzą najczęściej właśnie osoby po przejściach. Nie potrzebują jedynie nowego wyglądu i stylu, ale także rozmowy i zrozumienia.

– Po skończeniu liceum nie chciałam, jak większość moich koleżanek, trafić w papierki i cyferki – mówi Aleksandra Pakulska, założycielka pracowni „Z włosem i pod włos” przy Szosie Chełmińskiej. – W ogóle mnie to nie interesowało. Trafiłam do stolicy do szkoły charakteryzacji i perukarstwa. Chociaż z dużym nastawieniem na to pierwsze, a drugie traktowałam jako egzotykę.

Miłość do peruk nie była tą od pierwszego wejrzenia, ale okazała się niezwykle silna i trwała.

– Trafiłam stamtąd do sklepu odzieżowego, jak to często bywa – opowiada kobieta. – Potem urodziłam dwójkę dzieci. Zaczęłam się zastanawiać nad własnym biznesem. A perukarstwo siedziało mi z tyłu głowy. To niecodzienna profesja, a osób potrzebujących takiej pomocy jest coraz więcej.

Właścicielka pracowni opowiada o swoim zajęciu z dużymi emocjami. Zauważa w nim znacznie więcej niż tylko techniczny wymiar.

– Przynoszę innym ludziom radość – mówi. – Widzę to po ich twarzach. Moja babcia i ciocia miały raka. Tej drugiej sprowadzane były peruki od koleżanki z Niemiec. Ale największe emocje wywołują we mnie chore dzieci. Obok takiej sytuacji nie można przejść obojętnie. Najcenniejszy w tej pracy jest moment, gdy osoba przymierza już moje dzieło i czuje się w nim dobrze. Przyjmuje perukę jako element siebie.

Nie każdy nadaje się do tego, by wykonywać pracę Aleksandry Pakulskiej. Jej cioteczna siostra również miała ochotę zmierzyć się z tym wyzwaniem.

– Szybko się poddała, bo to humanistka – śmieje się perukarka. – Nie miała do tego cierpliwości. Bo tkać trzeba jedną perukę czasami i miesiąc. Dzień w dzień wtykając włos po włosie. To zajęcie dla osób konsekwentnych. Albo ma się w sobie głębokie poczucie, że chce się to robić, albo nigdy się człowiek w tym nie odnajdzie.

Jak to charakteryzatorka, właścicielka pracowni wykonuje też wiele innych zabiegów. Ratuje własne włosy klientów, jeżeli jest to tylko możliwe. Przeprowadza zabiegi dermamezostymulacji, która pobudza cebulki i wyrastanie włosów następowych, a także na przykład dermaozon – zabieg wpływający pozytywnie na skórę głowy.

Czy peruki też poddają się modzie?

– Działa to tak samo, jak z normalnymi fryzurami – mówi Aleksandra Pakulska. – Zmieniają się trendy i wiele zależy od konkretnego człowieka. Staram się wykonywać moje wyroby z naturalnych materiałów. Są miejsca, gdzie kupuje się włosy. Mam sprawdzonego dostawcę. Półtora roku po ścięciu nadają się jeszcze do tkania. Później już lepiej takiego materiału nie używać. Chodzi o pozyskanie włosa dziewiczego, a nie lakierowanego czy poddawanego innym zabiegom.

Ale w perukarstwie nie chodzi tylko o technikę, której można się nauczyć, chociaż nie ma już wielu mistrzów tego fachu. Ważna też jest psychologia.

– Moich gości muszę zrozumieć – przekonuje perukarka. – Żeby wiedzieć, czego potrzebują, muszę wniknąć w ich psychikę. Tylko wtedy efekt końcowy będzie zadowalający. Zżywam się z nimi, bo rozmawiamy często o bardzo osobistych sprawach. Dla osób po chorobie jest bardzo ważne, żeby ktoś ich wysłuchał i zobaczył, szczególnie w paniach, osoby mogące nadal zachwycać fryzurą, stylem, zadbaniem.