Lee Mackintosh Jones: Polskę odkryłem przypadkiem

Castingi zajęły większą część całej produkcji, ponieważ z każdym aktorem chciałem porozmawiać osobiście - mówi reżyser (fot. materiały prasowe)

Takich castingów w Polsce się nie przeprowadza – mówi Lee Mackintosh Jones, reżyser filmu „Matka”, gość 23. Międzynarodowego Festiwalu Filmowego Camerimage. Z absolwentem Szkoły Filmowej Wernera Herzoga, reżyserem licznych sztuk teatralnych w Londynie i krótkich form dla BBC rozmawiał Michał Ciechowski.

Film „Matka” jest Pana debiutem fabularnym.

Podobnych historii jest wiele, jednak żadna nie jest identyczna. Poruszam temat trudny – ojciec zabiera syna od matki alkoholiczki i umieszcza w ośrodku pomocy – takim domu dziecka. Sam nie może się nim zająć. Chciałem pokazać emocje, próbę odnalezienia samego siebie, gdy walczymy o to, co kochamy.

A miłości są dwie – matki do syna i… alkoholu. Skąd zrodził się pomysł?

Fabuła jest elementem mojej historii. Nie oznacza to jednak, że matka z filmu wzorowana jest na mojej mamie. Ten temat był gdzieś blisko mojego środowiska, w którym się wychowywałem. Chciałem trudny temat opowiedzieć w prosty sposób. Wiele wątków „przyszło” do mnie podczas pisania scenariusza. A to, że bohaterem jest u mnie matka… Postać matki jest mi bardzo bliska.

Tworzy Pan w Londynie, film jednak postanowił Pan zrealizować w Polsce.

Do Polski przyjechałem na zaproszenie Henryka Baranowskiego, aby współreżyserować z nim Makbeta na deskach Teatru Śląskiego w Katowicach. Zamieszkałem w Katowicach i to właśnie te tereny stały się miejscem, w którym chciałem stworzyć mój pierwszy film fabularny.

Jak wyglądały castingi do filmu? Podobno wybierał Pan aktorów w sposób niestandardowy.

Castingi zajęły większą część całej produkcji, ponieważ z każdym aktorem chciałem porozmawiać osobiście. Nie zależało mi na zapraszaniu agencji aktorskich. Z aktorkami, które zagrały w „Matce” główne role – Magdaleną Czerwińską i Julią Kijowską – rozmawiałem ponad godzinę. To właśnie spotkanie sprawiło, że zaufaliśmy sobie wzajemnie i rozpoczęliśmy współpracę.

Zaufał Pan także bardzo młodemu człowiekowi, wówczas 9-letniemu Olafowi Marchwickiemu.

Olaf castingowany był do filmu w Warszawie. Dom dziecka, w którym tworzyliśmy sceny, nie był dla niego środowiskiem znanym, więc idealnie oddał emocje dziecka, które czuło się tam zagubione. W produkcji statystowały dzieci, które na co dzień przebywają w tym właśnie budynku.

Jeżdżąc między Warszawą a Dolnym Śląskiem nie towarzyszyła Panu cały czas ta sama ekipa?

Do filmu zaprosiłem twórców lokalnych – najpierw związanych ze stolicą, później tych tworzących, którzy na co dzień realizują projekty na południu Polski. Dużo osób współpracujących ze mną pochodziło z Wrocławia.

Film zrealizowany został w języku polskim. Skąd Pan, jako reżyser anglojęzyczny, wiedział, że dane sekwencje zostały poprawnie zagrane i wypowiedziane?

Asystentka, która prywatnie jest moją żoną, bardzo mi pomagała przy tworzeniu „Matki”. Szczególnie ważne było sprawdzanie poprawności tekstów pod względem merytorycznym. I mimo wszystko dobrze pracować jest z rodziną. Bo komu można lepiej zaufać, jak nie własnej żonie?