Maciej Karczewski: Musieliśmy szmuglować okulary

Dla Iriny Wasilewskiej z Wierszyny to były pierwsze okulary w życiu (fot. archiwum prywatne)

Na Syberii wykupują ze sklepów słoninę, cukier i przede wszystkim puszki. Kto wie, będzie wojna? Tymczasem toruński optometrysta Maciej Karczewski, w rozmowie z Radosławem Rzeszotkiem, mówi o szmuglowaniu okularów nad Bajkał.

Co skłoniło optometrystę z Torunia, żeby wozić okulary nad Bajkał? Tam szkieł powiększających chyba częściej używa się w sztucerach…
Zaczęło się od tego, że Romkowi Koperskiemu, niezwykłemu podróżnikowi, zepsuł się gdzieś na Syberii jego podróżny ciężarowy marki Man. Znalazł oczywiście mechanika, który za flaszkę wódki, jak to w Rosji, podjął się naprawy. O dziwo, okazało się, że mechanik mówi po polsku. Jak to? Nad Bajkałem po polsku? Usłyszał, że niedaleko jest wieś, w której mieszkają sami Polacy. Tak Romek odkrył Wierszynę, miejscowość zamieszkałą w osiemdziesięciu procentach przez naszych rodaków. W kolejnych latach odwiedzał ją regularnie, aż któregoś razu był świadkiem, jak do wsi przyszedł list. Niestety, aby go przeczytać, potrzebne były okulary. Znalazły się we wsi zamieszkałej przez prawie tysiąc osób zaledwie trzy pary i ponoć w niczym nie przypominały tych, których używamy my… Wszystko dlatego, że do najbliższego okulisty jest dwieście kilometrów, więc nikt go nie odwiedza. Już podczas tamtej wizyty Romek Koperski obiecał Polakom z Wierszyny, że okulary dla nich przywiezie.

Pierwszy raz pojechałeś nad Bajkał w grudniu ubiegłego roku.
I to była jedna z mroźniejszych zim, bo temperatura spadała do minus pięćdziesięciu stopni. Ale akcja się udała pod każdym względem. Także takim, że wsiadając do samolotu obiecałem sobie, że nigdy więcej tam nie wrócę. Ale Romek znów mnie przekonał, że warto tam pojechać, bo możemy pomóc Polakom mieszkającym w innych miejscowościach, między innymi w Abakanie, gdzie zbudowano pierwszy polski kościół na terenie Rosji.

Podróż do celu odbyła się bez problemów?
Zależało nam, żeby pojechać tam przed albo po igrzyskach w Soczi. Przyczyna była prosta. Okulary, prawie tysiąc sztuk, musieliśmy zwyczajnie przeszmuglować. Dwie, czy trzy pary można wziąć na własny użytek, ale tysiąc? Tyle mieliśmy w dwóch walizkach. Całe szczęście granicę przekraczaliśmy 8 marca, a odprawę przeprowadzała kobieta. Złożyliśmy jej słowiańskie życzenia i wjechaliśmy do Rosji bez trudu. Nie ukrywam, że nieco się tego obawiałem, bo rok temu byliśmy przesłuchiwani przez oficerów FSB, którzy koniecznie chcieli dowiedzieć się co nas na Syberię sprowadza.

Mówisz o Polakach znad Bajkału. Brzmi to bardzo egzotycznie. Czym się od nas różnią?
Wydaje mi się, że oni wciąż są homo sovieticus. Najpierw pytali nas o dokumenty, które muszą przynieść, żeby dostać okulary. Gdybym powiedział, że chcę świadectwo chrztu babci, to pewnie zaczęliby szukać… Kolejną rzeczą, której nie rozumieli i byli z tego powodu bardzo podejrzliwi, to fakt, że dawaliśmy im coś za darmo. Nie dowierzali, szukali haczyka… Dopiero po trzydziestej parze wydanych okularów, zrozumieli, że to naprawdę jest za nic… W Polsce badam pacjentów od dwudziestu lat i u nas relacja między pacjentem a okulistą jest oparta raczej na zasadach handlowych: płacę, więc chcę dostać to, po co przyszedłem. Tam jest inaczej. Respekt do nas był wprost gigantyczny i chwilami wręcz onieśmielający. Na pytania odpowiadali „tak” lub „nie”. Ze śmiertelną powagą. Znasz mnie trochę i wiesz, że lubię pożartować…

Fakt, czasem i ze mnie…
Ale tam na żaden mój żart uśmiechem nie odpowiadali. Radość wyrażali dopiero, kiedy zauważyli, że dzięki okularom widzą rzeczy, których nie widzieli od lat. I to właśnie miało dla nich największe znaczenie. U nas okularów używamy zazwyczaj do komputera, bądź stanowią one ważny element wizerunku. Tam, na Syberii – do szycia. Albo do lepszego wyczyszczenia broni przed polowaniem.

Właśnie, broń… Po aneksji Krymu chyba jest jej więcej w rosyjskiej telewizji? Jak mieszkańcy Syberii widzą to, co dzieje się za naszą wschodnią granicą?
O sto osiemdziesiąt stopni inaczej, niż my. Najdelikatniej mówiąc są manipulowani. Niestety, przekłada się to na codzienne życie… Któregoś wieczora siedzieliśmy przy wspólnym stole z Polakami mieszkającymi nad brzegiem Jeniseju. Każdy z nas spał u któregoś w izbie i korzystał z jego wychodka, więc piliśmy z nimi również wódkę wznosząc kolejne toasty. Kiedy do któregoś z kolei „zdrowia” i „chwały i wolności” Wołodia wzniósł kieliszek „za braterską miłość między Słowianami”, dorzuciłem, że za „tych z Majdanu również”. Zapadła kamienna cisza. Wszyscy odstawili kieliszki, co w ich zwyczajach oznacza straszną potwarz. Nie rozumieli jak mogłem chcieć się napić za „faszystów”.

Czyli wierzą w wielką Rosję. Życie jednak płynie tam normalnie?
Nie do końca, bo widać choćby w sklepach, że zwłaszcza starsi ludzie robią zapasy, gromadzą słoninę, cukier, wszystko co suszone i przede wszystkim puszki. Kupują znacznie więcej powtarzając, że nie wiadomo, co będzie. Równocześnie nie mają w sobie o to żalu, bo przecież skoro my, Rosjanie, wyszarpaliśmy faszystom kawałek naszej ziemi i być może będzie wojna, to rozsądniej jest się do niej przygotować.

Nie masz dość już wschodnich klimatów, czy też cierpisz na tęsknotę za tamtą wolnością i prostotą? A może chodzi jednak o więź z Polakami?
Jest coś jeszcze ważniejszego. Od czasów katastrofy w Smoleńsku, nasi rodacy z Syberii mają tam znacznie gorzej. Odczuwają niechęć władzy rosyjskiej do Polski o wiele wyraźniej, niż przedtem. Z tym, że im władza objawia się jako średnio rozgarnięty oficer polityczny, który na szkoleniach usłyszał, że jakaś Polska to nieprzyjaciel, więc jak wpadnie mu w ręce miejscowy Polak, to czemu nie ma mu dokręcić śruby? Pojechaliśmy tam po to, żebym im zwyczajnie podziękować. Za co? Za to, że pielęgnują polskość, choć mogą na tym tylko stracić, a nie zyskać…