Maciej Lewandowski: Nie ma we mnie żadnych uprzedzeń do Torunia

Nieuchronność kary jest w świadomości potencjalnych przestępców - mówi nasz rozmówca (fot. Łukasz Piecyk)

O awansach w policji, ścieżce kariery, zabójstwach na drodze, niebezpiecznych dzielnicach, starym Szwederowie, animozjach toruńsko-bydgoskich i osiągnięciach funkcjonariuszy z nowym komendantem miejskim policji w Toruniu, Maciejem Lewandowskim, rozmawia Tomasz Więcławski

Nie wszyscy czytelnicy znają dokładnie policyjne procedury i ścieżkę kariery. Zacznijmy więc od kluczowego pytania: jak się zostaje komendantem miejskim policji?

(śmiech) Muszą być spełnione pewne warunki formalne – trzeba mieć skończoną szkołę oficerską i wyższe wykształcenie cywilne. Poza tym ważne jest doświadczenie w tej pracy. Musiałem przejść wszystkie szczeble kariery w policji – od szeregowego funkcjonariusza po naczelnika wydziału. Gdy zostawałem zastępcą komendanta w Toruniu, obowiązkowa była procedura konkursowa. I ja w takim konkursie zwyciężyłem. W tej chwili nie jest to obowiązkowe i leży to w gestii komendanta wojewódzkiego. W lutym na emeryturę przeszedł dotychczasowy komendant i ja, w sposób naturalny, będę kontynuował w komendzie w Toruniu pracę już na stanowisku komendanta, a nie zastępcy.

Ile lat trzeba na to czekać?

W moim przypadku od początku służby do momentu objęcia funkcji zastępcy komendanta minęło 21 lat. Patrolowałem ulice, byłem kierownikiem, zastępcą kierownika, zastępcą naczelnika i naczelnikiem itd. Znam więc pracę w policji od podszewki.

Padło słowa „ulice”. Jak więc te nasze ulice przez ten okres się zmieniły?

Znacząco. Pamiętam czasy, gdy ja byłem na stanowiskach roboczych. Pracowałem na komisariacie na bydgoskich Wyżynach. Było wtedy wiele włamań do samochodów. Szczególnie złodzieje upodobali sobie radia, a i dzielnica była dość specyficzna, bo można ją zestawić z toruńskim Rubinkowem – dużo wieżowców, parkingów, spore zaludnienie. W tej chwili praktycznie takich zdarzeń nie mamy. Dokonujemy wielu analiz, wy także jako dziennikarze to robicie, i niedawno porównywaliśmy lata 2006 i 2012. Zdarzeń na takim Rubinkowie z udziałem samochodów było o ponad 100 mniej.

Zorganizowana przestępczość też gdzieś zniknęła. Kiedyś rok bez zabójstwa w Toruniu był czymś zupełnie wyjątkowym.

Rzeczywiście, ich liczba jest znacząco ograniczona. Nasza praca sporo dała. Pomógł też rozwój techniki. Nie pozostajemy w tyle za przestępcami. Wykrywalność tego typu przestępstw w Polsce zawsze była wysoka, ale jeszcze udało się to poprawić w ostatnich latach. Taki stan rzeczy zniechęca bandytów. Nieuchronność kary jest w świadomości potencjalnych przestępców. Teraz raczej zabójstwa zdarzają się w wyniku nieporozumień rodzinnych, a nie działalności zorganizowanych grup przestępczych. Oczywiście, każda tego rodzaju sytuacja wciąż jest tragedią i trzeba temu zapobiegać.

Jak to jest z tymi stereotypami? Rubinkowo jest rzeczywiście najniebezpieczniejszą częścią Torunia?

To mit. W Bydgoszczy taką legendę miało tzw. Stare Szwederowo. Niczym szczególnym się teraz ani ono, ani Rubinkowo nie wyróżniają. Jasne, że ważna jest specyfika takiego terenu. Tam jest dużo piwnic, parkingów, więc do włamań dochodzi częściej, ale nie jest to dzielnica szczególnie niebezpieczna. Na Śródmieściu mamy więcej interwencji patroli związanych z kradzieżami, bójkami czy złym zachowaniem osób, często też pod wpływem alkoholu.

Powiedział pan: zabójstwo zawsze jest tragedią. Ale czy mamy świadomość, że dokładnie tym samym jest odebranie komuś życia w ruchu drogowym?

Niestety nie. Lekkomyślność na drogach jest nadal ogromnym problemem, ale i tu mamy wiele osiągnięć. Nasze akcje, może uciążliwe dla wielu osób, przynoszą efekty. Wiem, że nikogo nie cieszy widok policjanta z „lizakiem” na drodze, ale pamiętajmy, że robimy to w ściśle określonym celu – żeby ratować ludzkie życie, które codziennie na naszych ulicach jest zagrożone. W tej mierze nadal będziemy niezwykle stanowczy. Miasto też wiele robi, żeby na drogach było bezpieczniej, bo inwestycje w infrastrukturę i bezpieczeństwo są widoczne. U nas nie ma tylu wypadków na drogach, co w ogromnych miastach, np. Warszawie. I bardzo dobrze. W rankingu takich zdarzeń w przeliczeniu na jednego mieszkańca chcielibyśmy być na szarym końcu.

Jak pan przyjmował głosy, może czasami nieco żartobliwe, o tym, że bydgoszczanin na stanowisku komendanta miejskiego policji w Toruniu to sytuacja niecodzienna?

Z dużym dystansem. Pochodzę z Bydgoszczy, to prawda, ale nie ma we mnie żadnych uprzedzeń do Torunia. Wręcz przeciwnie – czuję się torunianinem, bo tu spędzam wiele czasu, tu pracuję od kilku lat. Mieszkam niedaleko mostu wyjazdowego z Bydgoszczy i często, wracając po pracy do domu, robię w Toruniu nawet zakupy. Nie mam z tym w ogóle problemu.

Tematu więc nie ma.

(śmiech) Żadnego. Znam już dobrze specyfikę Torunia i będę starał się to, co w naszej komendzie dobre, utrwalać, a kwestie, które są do poprawy, ulepszać. Przed nami ciężka praca, ale mam świadomość, że poprzeczka jest wysoko, bo od lat mamy sporo sukcesów.