Maja Włoszczowska: „Afterparty” wynagrodziło cierpienia

Srebrny medal mistrzostw świata MTB jest kolejnym sukcesem w karierze Mai Włoszczowskiej. Złoto na szosie nadal pozostaje marzeniem. Kolarka górska zamierza jednak podjąć rękawicę w przyszłym sezonie (fot. archiwum prywatne)

O relaksie po trudach wyścigów, przyszłości polskiego MTB i tegorocznym sezonie, z wicemistrzynią olimpijską, mistrzynią świata i Europy w kolarstwie górskim Mają Włoszczowską rozmawia Tomasz Więcławski.

 

Jak Pani ocenia swój występ na mistrzostwach świata na szosie? 18. miejsce dla mistrzyni wyścigów MTB to sukces czy porażka?
Startowałam we Włoszech „z marszu”. Dwa tygodnie wcześniej miałam finał zawodów Pucharu Świata, przed którym byłam dodatkowo chora. Przygotowania trudno więc uznać za optymalne. Przez cały sezon nie przejechałam na szosie ani jednego wyścigu. W jakiejkolwiek dyscyplinie trudno wygrywać bez doświadczenia. Lokata, którą zajęłam, jest więc optymistycznym prognostykiem. Możliwe, że za rok podejmę jeszcze raz rękawicę. Kalendarz jest nieco bardziej sprzyjający i będę w stanie poświęcić walce o „tęczową koszulkę” więcej uwagi.

Mam wrażenie, patrząc na tegoroczny sezon, że podjęła się Pani nadludzkiego wysiłku. Liczba startów i osiągane w nich miejsca są imponujące. A wszystko po groźnej kontuzji. Skąd siły na to wszystko?
Jak widać, plan startów okazał się wykonalny (śmiech). Teraz przychodzi mi to jednak odchorować. Leżę w łóżku z 38-stopniową temperaturą. Coś za coś. Organizmu się nie oszuka. Końcówka sezonu była w istocie mordercza. Występ na mistrzostwach świata w kolarstwie szosowym, a potem trudny kilkuetapowy start w Azji dały mi solidnie w kość. Muszę swoje odcierpieć, ale bardzo chciałam wystąpić na obu imprezach.

Triumfy i miejsca na podium w Pucharze Świata czy kolejny medal mistrzostw świata? Co ceni Pani wyżej? Specyfika obu imprez jest różna. Da się porównać emocje?
Rzeczywiście obie kategorie wyścigów MTB się znacząco różnią. Dotychczas skupiałam się w swojej karierze na imprezach mistrzowskich. Cieszy fakt, że dałam radę pogodzić regularne starty w Pucharze Świata z występem na światowym championacie. Srebrny medal cieszy, a byłam przecież o krok od złota. Jako jedyna zawodniczka w stawce na każdym froncie plasowałam się na miejscach na podium. Nie było to po wypadku, który miałam rok temu, wcale takie oczywiste. Liczyłam się z tym, że powrót może być znacznie dłuższy i trudniejszy.

Wyścigi są kwintesencją kolarstwa. Skąd jednak po tylu sukcesach czerpać motywację do codziennej harówki? Przecież to litry potu i tysiące przejechanych w najróżniejszych warunkach pogodowych kilometrów.
Nie cierpię na deficyt motywacji i ambicji. W tym roku bardzo chciałam udowodnić, że piękny gest grupy Giant Pro XC Team nie był błędem. Umawialiśmy moje przejście do tego zespołu jeszcze przed Igrzyskami w Londynie. Wtedy wszyscy typowali mnie jako jedną z kandydatek do złota. Wypadek zniweczył trud treningów i wcale w stolicy Wielkiej Brytanii się nie pojawiłam. Władzy grupy nie zmieniły jednak w naszej umowie nawet przecinka. Zaufali mi, więc musiałam się odwdzięczyć. Czuję wewnętrzną satysfakcję. Za rok znów nie zabraknie mi motywacji. Przynajmniej do tej pory zawsze ją znajdowałam (śmiech).

Mistrzem świata został niedawno Michał Kwiatkowski. Talentów w szosowej odmianie kolarstwa nie brakuje. Czy w wyścigach MTB jest również tak różowo w naszym kraju?
Niestety nie. To jest ból. Nie ma zbyt wielu miejsc w Polsce, w których szkoli się zawodników na wysokim poziomie. Międzynarodowe sukcesy osiągnęły jednostki. Najpierw była to Ania Szafraniec, potem Magda Sadłecka czy Ola Dawidowicz. Systemu dającego możliwość rozwoju całej dyscyplinie się nie doczekaliśmy. Mam nadzieję, bo leży mi to na sercu, że się to zmieni. A jeżeli nie, nadal będą pojawiać się pojedyncze talenty, tak jak do tej pory.

Jest więź między ekipą pasjonatów dwóch kółek, którzy reprezentują na całym świecie nasz kraj?
Z racji kalendarza trudno o spotkania. Michałowie: Kwiatkowski i Gołaś są bardzo sympatycznymi ludźmi. Trenują raz na jakiś czas w Szklarskiej Porębie, z której pochodzę, więc się widujemy. Ja ich bardzo lubię. Mam nadzieję, że oni mnie również (śmiech). W Toruniu, bo tam stawiali oni swoje pierwsze kroki, od dawna jest dobry klimat dla naszej dyscypliny. Nie bez przyczyny najlepsi obecnie polscy kolarze wywodzą się z Pacyfiku. Oby tak było nadal, bo sukces jednej osoby powoduje wzrost zainteresowania u innych, a to nakręca koniunkturę na daną dyscyplinę.

 Zajrzyjmy do kolarskiej kuchni. Co pomaga Pani najlepiej zregenerować się po trudach startów?
Niezastąpiony jest sen (śmiech). Nic innego tak nie oczyszcza głowy przed następnymi startami. Jeżeli mam dobrą książkę, to lubię po nią sięgnąć. Na filmy pełnometrażowe nie mam wiele czasu, ale seriale lubię. Oglądam „Dr House’a” czy „Grę o tron”. Dobrych serii jest zresztą całe mnóstwo. Rzeczywiście, to co działo się w Malezji na ostatnim wyścigu było już przesadą. Co dzień zarzekałam się, że tam nie wrócę. Istna mordęga. Wszystkie cierpienia wynagrodziła jednak impreza posezonowa tzw. „after party” (śmiech). Momentalnie zapomnieliśmy o cierpieniu i bardzo prawdopodobne, że wiele zawodniczek wróci tam jeszcze za rok czy dwa