Marcin Czyżniewski: Lekcja angielskiego

(fot. archiwum)

Doktorat obroniłem czternaście lat temu, ale do dziś doskonale pamiętam tamte emocje, takie to przeżycie. Żal mi doktoranta, który nie mógł w poniedziałek przystąpić do obrony w związku z kontrowersjami wokół swojego mistrza, prof. Lecha Morawskiego.

Nie zgadzam się jednak z ministrem nauki, który twierdzi, że ów młody człowiek padł ofiarą polityki. O polityce wśród prawników z naszego Uniwersytetu nie było mowy. Mowa była o wartościach, których Pan Profesor nie uszanował, o słowach, które nie są godne sędziego, o zarzutach, których nie wolno stawiać bez żelaznych dowodów. Obecne władze dziekańskie Wydziału Prawa i Administracji od początku kadencji nie mają łatwo, muszą bowiem uzdrowić atmosferę na Wydziale i wokół niego popsutą równie głośną w Polsce sprawą zarzutów o plagiat stawianych poprzedniemu dziekanowi. I znakomicie dają sobie radę, a decyzja o przełożeniu obrony była ze wszech miar słuszna i potrzebna. W komisji powołanej do przeprowadzenia obrony zasiadają m.in. sędziowie Sądu Najwyższego, którym ich dawny kolega z wydziału zarzucił zepsucie i korupcję. Trudno oczekiwać, by nad atmosferą komisji nie zawisły te oskarżenia i nie dziwi mnie, że w emocjonalnym odruchu część jej członków zastanawiała się, czy w ogóle pojawić się na posiedzeniu. Doktorant będzie musiał poczekać miesiąc na upragniony stopień naukowy, ale to niewielki koszt za to, że dyskusja toczyć się będzie wyłącznie na temat poprawności tez, metodologii i wniosków, a nie postawy i słów promotora.

Młody człowiek padł ofiarą słów swojego mistrza i głośnego echa, którymi się odbiły. Na pewno kosztowało go to wiele stresu i emocji. Sytuacja może być jednak pozytywną lekcją odpowiedzialności za słowa. Niezależnie w jakim języku wypowiadane.