Marcin Czyżniewski: Ostatni świadek

(fot. Łukasz Piecyk)

Co czytacie Państwo do snu? Powieść Davida Wallesa albo Olgi Tokarczuk? Biografię Trumana Capote? Historię „Łowców nazistów”? Mroźny islandzki kryminał Arnaldura Indridasona czy teksty Wojciecha Młynarskiego, które w końcu zebrano w książkę?

A gdybyście mogli poczytać listy Jana III Sobieskiego? Ale nie w wydaniu książkowym, oryginalne, gdzie „lepiej nie żyć, niżeli nie całować milion milionów razów to, co jest najśliczniejszego…”, pisane jest własną ręką samego hetmana! Wspominam Profesora Andrzeja Tomczaka, który tuż po wojnie, jako student historii, pomagał w ratowaniu resztek polskich archiwów. Opowiadał nam jak dano mu legowisko kątem tam, gdzie zwożono nadpalone, zdziesiątkowane zbiory. Zimno było i głodno, ale czytanie do snu oryginalnych listów do Marysieńki, leżących na stosie tuż przy łóżku, na wyciągnięcie ręki, wynagradzało wszystko.

Pan Profesor zmarł przed kilkoma dniami, mając 94 lata, do końca życia zachował świetną pamięć i dzielił się z nami opowieściami o swoim życiu i o początkach toruńskiego uniwersytetu, który współtworzył. A był to niemal świadek koronny, uczeń i współpracownik pierwszego rektora Ludwika Kolankowskiego. Nie ma już ani jednej osoby, która pamiętałaby tamte czasy. Profesor był ostatni. Pięknie mówił na pogrzebie Profesora rektor UMK, że teraz uniwersytecka społeczność będzie musiała iść przed siebie sama, bo nikt już nie opowie o przeszłości i nikt nie przypomni wartości i cnót akademickich. Dzięki Bogu, że pozwolił temu ostatniemu świadkowi żyć tak długo i zachował mu jasność umysłu, by mógł jak najdłużej opowiadać swoją historię. Szczęśliwi ci, którzy mogli posłuchać.