Marcin Czyżniewski: Tydzień mózgu

(fot. Łukasz Piecyk)

Z radością zauważyłem porozklejane w mieście plakaty zapowiadające „Tydzień mózgu”. Radość moja była tym większa, że chwilę wcześniej usłyszałem o pewnym lokalnym działaczu ze Szczecina, który sprzeciwia się malowaniu przejść dla pieszych w białe i czerwone pasy, argumentując, że znieważa to polskie barwy narodowe (działacz ów przyznaje w swoim piśmie, że podobnie malowane są kominy, ale przytomnie zauważa, że po kominach nikt nie chodzi…).

Tydzień mózgu! I już zaczęła pracować moja wyobraźnia: a więc na tydzień zamilkną polityczne dyskusje pozbawione sensu, znikną argumenty niemające nic wspólnego z rzeczywistością, a fakty choć na te kilka dni zastąpią propagandę. Co tam polityka, na tydzień zrobi się normalnie na ulicach. Znikną idioci parkujący na dwóch miejscach naraz, szaleńcy skręcający bez kierunkowskazu i dowodzący światu, że zdążą przeciąć skrzyżowanie tuż przed tramwajem. Krótkotrwałe użycie mózgu uwolni nas od potrzeby zakupu rzeczy niepotrzebnych, ale za to dostępnych w promocji i zachwalanych w telewizji. Brak zainteresowania kolejną operacją znanej gwiazdy estrady czy dramatem roztargnionego Tomasza z Siemiatycz, który zamiast telefonu odebrał rozgrzane żelazko, spowodowałby chwilowe załamanie sprzedaży prasy brukowej i zastój w mediach społecznościowych.

Niestety, bliższa lektura plakatu szybko rozwiała moje nadzieje. Afisz okazał się jedynie zapowiedzią, skądinąd bardzo ciekawej, konferencji naukowej na toruńskim uniwersytecie. Ale przyznają Państwo, że wizja jednego choćby tygodnia, co tam, dnia, w którym powszechnie używamy mózgu, jest kusząca? To spróbujmy, ja nie kupię dziś setnego krawata, a na skrzyżowaniach będę wyjątkowo ostrożny.