Marcin Czyżniewski: Umarły rady, niech żyją rady!

(fot. Łukasz Piecyk)

Na wszystko da się spojrzeć z dwóch stron. Nie inaczej jest z wynikami wyborów do rad okręgów. Obiektywny fakt jest taki: na trzynaście rad udało się wybrać siedem. Pozostałe nie powstaną, bo albo zgłosiło się zbyt mało kandydatów, albo na zebraniach wyborczych nie pojawiła się wymagana liczba mieszkańców.

Można by powiedzieć: widocznie mieszkańcy nie mają problemów, a wszystko na ich osiedlach jest w porządku. Najwyraźniej inne formy udziału w zarządzaniu miastem, budżet partycypacyjny czy konsultacje zdają egzamin wystarczająco dobrze. Ale można i tak: wciąż nie chcemy i nie umiemy korzystać ze swoich praw, sprawy własnego osiedla średnio nas interesują, nie wiemy, czym są rady okręgów, albo nasze doświadczenia z nimi nie są najlepsze. Prawda leży gdzieś pośrodku, ale fakt, że na osiedlu liczącym kilkanaście tysięcy mieszkańców nie znajdzie się dziesiątka osób chętnych do pracy społecznej i setka sąsiadów, którzy zechcieliby je poprzeć, daje do myślenia.

Z wyników wyborów do rad okręgów w Toruniu musimy wyciągnąć wnioski wszyscy, i władze miasta, i mieszkańcy. Najbliższe wybory do rad okręgów już za cztery lata, to wcale niezbyt dużo czasu, by popracować nad zaangażowaniem mieszkańców w sprawy swojej najbliższej okolicy. Musimy wyrobić radom markę i znaczenie, przekonać, jak ważne są dla drobnych i większych spraw, przemyśleć procedury wyborcze i udowodnić, jak istotne jest współdecydowanie o losach miasta. Ten czas musimy wykorzystać w taki sposób, by za cztery lata było nam zwyczajnie wstyd, jeśli na naszym osiedlu rada nie powstanie.