Marcin Czyżniewski: …wolenie

(fot. Łukasz Piecyk)

Mój dziadek miał szczęście – przeżył niemiecką okupację, a wkraczający do Torunia Rosjanie zostawili go w spokoju. Trzech radzieckich żołnierzy weszło co prawda do mieszkania dziadków na Strumykowej, ale tylko po to, żeby przespać dwie noce pod stołem w dużym pokoju. Dziadek kolegi takiego szczęścia już nie miał, jeszcze 1 lutego 1945 r. radziecki patrol zatrzymał go na ulicy. Z Syberii nigdy nie wrócił.

Dzień zakończenia niemieckiej okupacji Torunia był dniem rozpoczęcia nowych, straszliwych porządków. Jednak nie wolno nam kłaść tych czasów na szali, porównywać ich, bilansować „rachunków krzywd”. Dla jednych 1 lutego był wyzwoleniem, dla innych dniem zniewolenia. I tyle, każdy ma swój bilans i swoją historię.

1 lutego jest doskonałą okazją by oddać cześć ofiarom jednego i drugiego zbrodniczego ustroju, a przecież nie brakło, także w Toruniu, rodzin, które padły ofiarami obu. To dzień, w którym nie trzeba czcić Armii Czerwonej, ale można zademonstrować naszą pamięć i nasz szacunek dla tych, których rozstrzelano na Barbarce, trzymano w forcie VII, zamknięto w komisariacie na Wałach i tych, których wywieziono na Sybir, zamordowano w UBeckiej katowni, skazano, jak mojego dziadka, na więzienie za próbę obalenia ustroju siłą. Żałuję, że odebraliśmy sobie w Toruniu tę szansę, a 1 lutego, już dawno, stał się zakładnikiem polityki. Efekt będzie taki, że zamiast spójnej narracji słychać będzie skrajne opowieści zgodne z własnym światopoglądem ideologicznym. Jedni będą sławić bohaterską Armię Czerwoną, inni będą nazywać jej żołnierzy zbrodniarzami.

I tylko ofiary obu totalitaryzmów znajdą się w tych opowieściach na drugim planie, co najwyżej liczeni hurtem jako statystyczny argument na rzecz własnej racji.