Marcin Czyżniewski: Wymarsz Armii Ludowej

(fot. archiwum)

Przedszkole kończyłem na ulicy Juliana Nowickiego, dokąd babcia prowadziła mnie ulicą Dzierżyńskiego przez plac Armii Czerwonej. Fakt ten na pewno wypaczył moją młodą psychikę a to, że czasem babcia wybierała jednak drogę przez Wały Gen. Sikorskiego jest jedynie skromnym pocieszeniem.

Po 1989 r. pozbyliśmy się w Toruniu większości ulic i nazw jednoznacznie kojarzących się z minionym ustrojem, wciąż jednak pozostało kilka, które budzą wątpliwości kapłanów nowej polityki historycznej. Zgodnie z ustawą przyjęta przez Sejm wszystkie te niepewne relikty trzeba będzie usunąć. Już wiemy, że w Toruniu zniknie ulica Armii Ludowej, a wyrok na Wincentego Pstrowskiego zapadnie lada dzień.

Dyskusja o tym czy Armia Ludowa i rębacz-przodownik powinni mieć swoje ulice w Toruniu już się przez nasze miasto przetoczyła, gdy w ubiegłym roku po raz pierwszy pojawił się postulat zmiany obu nazw, i każdy chyba pozostał przy swoim zdaniu. Problem w tym, że mieszkańcy obu ulic, przepytani w konsultacjach zorganizowanych przez władze miasta, jednoznacznie te propozycje odrzucili. Rada Miasta, mimo różnych poglądów i ocen w tej sprawie, uszanowała ich wolę. Po kilkunastu miesiącach lokatorzy domów przy Armii Ludowej i tak zmienią adres, tym razem nikt ich o zdanie pytać nie będzie. Rada Miasta będzie musiała dostosować się do prawa uchwalonego przy Wiejskiej. Nie pierwszy i nie ostatni raz samorząd będzie musiał wykonać nie swoją decyzję – twarde prawo, ale prawo. Zdecydowanie nie jestem zwolennikiem upamiętniania dawnych bohaterów, ale szkoda, że przy okazji kilkuset mieszkańców naszego miasta pomyśli sobie, że ich głos nie ma znaczenia, a władza i tak robi co chce. W sytuacji, gdy z takim trudem budujemy poczucie lokalnej wspólnoty i przekonujemy mieszkańców, że mają wpływ na losy swojego miasta, ma to szczególne znaczenie.