Marek Piekarczyk: Marzę, żeby znowu tylko śpiewać

Dyskografię TSA zamyka album "Proceder" z 2004 roku (fot. Łukasz Piecyk)

– Zawiedziony fan nie wybacza, jeśli jego kredyt zaufania zostanie zmarnowany – twierdzi Marek Piekarczyk, wokalista zespołu TSA i juror programu The Voice of Poland w rozmowie z Łukaszem Piecykiem.

Pomyśleć, że prawie dekadę temu fani TSA zarezerwowali sobie miejsce na półce na następcę „Procederu”.
I 8 nowych piosenek w surowym stanie już jest. Może nagramy tzw. singiel, ale wiesz jak to jest…

Wytwórnia patrzy krzywo?
Nie ma żadnej wytwórni. Nie za bardzo chcę się bawić w tę całą zabawę wydawniczą, bo nie od dziś wiadomo, że muzycy zarabiają na koncertach, a nie na sprzedaży płyt. Proponowałem nawet, aby dołączać płytę do biletu, ale wszyscy wybili mi to szybko z głowy. Najlepiej byłoby umieszczać nowe utwory w internecie, żeby sobie ludzie słuchali, jeśli im się tak bardzo stare znudziły… Zresztą, w zespole TSA jest tyle postaw i opinii na ten temat, ilu muzyków.

No tak… TSA to zespół indywidualności.
To za mało powiedziane (śmiech). Nie pałamy do siebie nawzajem jakąś wielką miłością, ale też nie walczymy ze sobą. Sam już nie wiem, jak to się dzieje, że ten zespół wciąż funkcjonuje w oryginalnym składzie osobowym i gra znakomicie przyjmowane koncerty. W tym całym zamieszaniu musiałem sam zacząć załatwiać koncerty. Teraz doszły do tego formalności i te wszystkie papierzydła. Marzę o tym, żeby znowu tylko śpiewać, pisać teksty i wymyślać melodie. Ale to musi działać – nie ma zmiłuj. Mamy kredyty, rodziny do utrzymania. Z muzyki w końcu żyjemy, a wciąż nie możemy znaleźć porządnego menago.

Ta podwójna rola nie przeszkadza w funkcjonowaniu zespołu?
Jeśli mamy system wartości i w pracy zawodowej na pierwszym miejscu stawiamy TSA, to problemów być nie może. Każdy z nas ma swoje własne zdanie, ale przeważa ostatecznie argument o dobru zespołu.

Czyli młodzież niech będzie gotowa, że kolorowo w muzyce nie jest?
Na pewno niemiłe rozczarowanie spotka osoby, które myślą, że Pana Boga za nogi złapały, gdy tylko wygrają jakiś konkurs. Zespół dostaje od słuchacza kredyt uwielbienia. Jestem przekonany, że słuchacz nie wybaczy, jeśli ich ulubiony muzyk oleje sprawę i wyda parszywą płytę. Wszelkie zwycięstwa są zaproszeniem do ciężkiej pracy. Przykładowo TSA cały czas zbiera nowych fanów na koncertach. Czasem się zastanawiam, skąd oni się biorą (śmiech). Nie zmienia to faktu, że po tylu latach jest to najzwyczajniej miłe. Nawet, gdy gramy na imprezach, które w branży nie mają szacunku, np. dni miasta. Mnie się jednak wydaje, że jeżeli zaskarbimy sobie serce człowieka, który zza waty cukrowej spodziewał się scenicznego plastiku i playbacku, to jest to sukces.

Festiwalowy konkurs, a może występ w talent-show?
Trudno to ocenić. W telewizji masz jednak 3 miliony osób, które usłyszą występ. To jednak tylko maleńki krok, bo póki nie mamy żadnej wartości, to pomoże nam najwyżej sztuczne pompowanie kariery. Do czasu. Inną parą kaloszy jest sytuacja, gdy profesjonalni muzycy startują w takich programach. No co to jest? Tak, jakby TSA miało się mierzyć z Dżemem, to do czego miałoby to prowadzić? Czysty nonsens… Na szczęście takich przykładów nie mamy zbyt wiele, ale mimo wszystko i takie niezdrowe przypadki się zdarzają.