Maria Czubaszek: Nigdy nie pytali mnie o orgazmy

W 2013 roku Maria Czubaszek wydała książkę "Boks na Ptaku, czyli każdy szczyt ma swój Czubaszek i Karolak" (fot. archiwum)

Mam urodę raczej nienachalną. Do tego stopnia, że pewna dziewczynka zapytała mnie, czy kiedyś byłam młoda i ładna. Na pewno potwierdzę pierwszą opcję – mówi w rozmowie z Łukaszem Piecykiem Maria Czubaszek, dziennikarka, satyryk i pisarka.

Miłość czy nienawiść?
Ani jedno, ani drugie. Miłosnych wyznań prawie wcale nie prawię, może najwyżej do moich psów. Jeśli chodzi o miłość, to ja w ogóle nie jestem zbytnio emocjonalna. W takie uczucie nie wierzę. Już prędzej mogę powiedzieć z przekonaniem, że ludzie się lubią. Nie wysyłam też nikogo w cholerę, bo to najzwyczajniej nieładnie. Najwyżej sama z czymś skończę i znajdę sobie nowe miejsce.

Bardzo zbilansowany żywot.
Bo ja sobie jednak cenię to rozumne podejście do życia. Siebie nie traktuję poważnie, życia – także, bo inaczej człowiek by się zamartwił na śmierć. Jestem zdania, że prawdziwej miłości nawet małżeństwo nie zaszkodzi, ale to instytucja i tak nie dla mnie.

U Pani to jednak jakoś funkcjonuje.
Może nie zawsze, bo moje pierwsze małżeństwo się rozleciało. Niektóre kobiety lubią wychowywać swojego chłopa, ale ja nie potrafię. U mnie nawet psy są rozbestwione. Nie mam zdolności wychowawczych i z tego powodu też nigdy nie chciałam mieć dzieci. Rodzenie to w końcu nie sztuka. Natomiast mój Karolak to też zbiór różnych wad.

I można z nim wytrzymać?
Trzeba sobie dać trochę miejsca w związku, bo inaczej już dawno byśmy się pozabijali. Nie wierzę w takie papużki nierozłączki, co to wszędzie są razem. Prędzej czy później znudzą się sobie i odlecą w swoje strony. Kiedyś powiedziałam, że łatwiej znaleźć sobie dziewczynę na ścianę niż na życie. Taka ładna pani z plakatu to bardzo miła towarzyszka, bo z prawdziwą życie nie jest już takie łatwe. Tak samo z tymi odnalezionymi życiowymi połówkami. Czy ja połgłówkiem byłam wcześniej bez partnera? Trzeba się akceptować nawet, jeżeli potykam się o stojące skarpetki swojego faceta. Karolakowi pewnie też wiele rzeczy w moim charakterze przeszkadza, ale najzwyczajniej akceptujemy te nasze ułomności i nie zmieniamy siebie. Przymykam często oczy na różne wariacje i dlatego mam je takie małe.

Operacja plastyczna powiek była po to, żeby lepiej widzieć wady Karolaka?
Skądże. Po prostu chciałam, aby pytali mnie: „babciu, czemu masz takie duże oczy?”, a ja bym na to odpowiadała, że zrobiłam sobie operację plastyczną. W Polsce mamy jakiś problem z tym, żeby przyznać się do operacji plastycznych, ale jak to mówię – najtrudniej być Polakiem we własnym kraju.

Z mężem ostatnio spłodziła Pani książkę. Nawet się Artur Andrus do tego przyczynił.
Prawda. Młody człowieku, a wiesz skąd jej tytuł?

Marzę o rozwiązaniu tej tajemnicy.
Byliśmy z Arturem w Łodzi na spotkaniu z mieszkańcami miasta. Andrus twierdzi, że jestem osobą, która odpowie na każde pytanie. Coś tam zawsze zachachmęcę, ale odpowiem. No i na spotkaniu poruszyliśmy kilka spraw męsko-damskich, potem opowiadałam o mężu, że nazwoził mi mnóstwo par szpilek z całego świata, których w życiu nie założyłam. I po tym jeden z obecnych na sali zapytał, czy nie chciałabym otworzyć boksu na ptaku. Mnie zatkało, bo nie wiedziałam, o co chodzi. Artur rozłożył ręce i zostawił mnie z tym fantem samą. Zaczęłam więc coś zmyślać, po drodze pomieszałam boks z botoksem, a skończyło się na tym, że chodziło o to, abym sprzedawała moje buty na targowisku, które wzięło nazwę do nazwiska właściciela.

A jakiego pytania jeszcze Pani nie usłyszała na spotkaniu lub wywiadzie?
Niedawno robiłam wywiad z Anną Przybylską. Zadałem jej to samo pytanie po serii rozmów z dziennikarzami, które wcześniej przeprowadziła. Stwierdziła, że jeszcze nikt nie pytał ją o to, czy ma orgazm pochwowy czy łechtaczkowy. Gdy zapytałam Anię, jaki ma, to ucięła, że to na inną rozmowę. Tak, mnie też nigdy o to nie pytano, ale Ania jest piękna, a ja mam urodę raczej nienachalną. Do tego stopnia, że pewna dziewczynka zapytała mnie, czy kiedyś byłam młoda i ładna. Na pewno potwierdzę pierwszą opcję.

Książka napisana, ale za to blog Niecodzienny odejdzie w zapomnienie. Znowu bilans.
To tylko praca, która na szczęście się skończy, bo ja bym się w życiu za bloga nie wzięła. Nazwę wziął nie od tego, że był taki znakomity, ale od częstotliwości aktualizacji. Prawda jest taka, że żyję z pisania, ale nie lubię tego robić. Ja nic innego nie potrafię robić, co akurat nie znaczy, że i w tym jestem mistrzem. Przynajmniej tym nie robię dużej szkody ludziom, bo nie każdy musi czytać moje wywody. Strach pomyśleć, co by było, gdybym została kucharką.