mec. Łukasz Płaza: Dzieci do sądu

(fot. Łukasz Piecyk)

Ostatnio wciąż słyszę, że sądy to siedlisko wszelkiego zła poza jakąkolwiek kontrolą. Używanie trudnych słów tylko ma podkreślić, jak straszna panuje tam sytuacja. A, że oligarchia, że skostniały system, że niesprawiedliwy (sic!). Na każdą z tych bolączek nasze władze przedstawiają prostą receptę w postaci kolejnej rewolucyjnej reformy. 

Ale ilu z Was, drodzy Czytelnicy, było w sądzie więcej niż trzy razy? Ilu z Was zainteresowało się, jak działa tak naprawdę wymiar sprawiedliwości? Czy ktokolwiek z Was poszedł zobaczyć, jak wygląda przebieg rozprawy?  Kto wie, że rozprawy większości są jawne z miejscami dla publiczności? Ilu z Was jest przekonanych, że u nas również prawnicy powinni wstawać i krzyczeć głośne „sprzeciw wysoki sądzie”?

Nasz sąd to nie telewizja.

A może problem oceny pracy wymiaru sprawiedliwości leży gdzie indziej? Może trochę my, obywatele, do tak niskiej oceny pracy sądów się przyłożyliśmy? Oczywiście, można byłoby uprościć niektóre procedury i przyspieszyć działania sądów w pewnych sprawach. Ale tak naprawdę naszym sądom zarówno w sprawności pracy, jak i w poprawie opinii pomógłby wpływ obywateli na wymierzanie sprawiedliwości. Bo nic nie motywuje ludzi do większej staranności jak publiczność.

Uważam, że powinniśmy wysłać nasze dzieci do sądów, żeby rozumiały zasady działania tego systemu. Czasami zabijając czas wejdźmy z ulicy na rozprawę, zobaczmy jak to wszystko działa. Teoretycy prawa mówią o udziale czynnika społecznego, ale tak naprawdę obecność widowni zawsze poprawia wydajność.

Nawet król zgodnie z obyczajem wymierzając sprawiedliwość, robił to na publicznym wiecu.