mec. Łukasz Płaza: Klub dżentelmena

(fot. Łukasz Piecyk)

Koncepcja demokratycznego państwa prawa jest niezjadliwa. Zagłębianie się w teorie prawne i socjologiczne leżące u jej podstaw jest syzyfową pracą. A istota tej teorii ustrojowej jest niezrozumiała nawet dla części absolwentów prawa, co właśnie widać na transmisji obrad sejmowej komisji sprawiedliwości pod przewodnictwem jednego z takich absolwentów.

A tak naprawdę demokracja to swoisty klub dżentelmena. Wszyscy członkowie klubu umówili się, że klub jest zarządzany przy stoliku brydżowym. Każdy członek klubu może wskazać swojego przedstawiciela do grupy proponującej „regulaminy”, wybierany jest zarząd klubu, a nad wszystkim czuwa doświadczone gremium arbitrów, którzy swoją wiedzą i doświadczeniem rozsądzają spory pomiędzy członkami, ale również pomiędzy przedstawicielami i zarządem.

Mechanizm działa jak naoliwiony, czasami zacinając się, chociażby tonąc w długich debatach, ale ostatecznie porozumienie zostaje wypracowane. Jak ktoś nie jest z niego zadowolony, zawsze można udać się do arbitrów, którzy dzięki temu, że na ich wybór nie ma wpływu żadna z pozostałych grup, mogą w oparciu o regulaminy, doświadczenie i zdrowy rozsądek wydać mniej lub bardziej sprawiedliwe rozstrzygnięcie.

I wszystko działa sprawnie, mając tę zaletę, że nikt nie jest do końca zadowolony – idealny kompromis.

Do czasu, gdy do klubu wejdzie ogr. Przewróci stolik, wyzwie i wygna arbitrów, następnie wskaże swoich kolegów jako jedynych prawych i uczciwych. A na koniec wyjdzie i powie, że żywotne interesy klubowe mają pierwszeństwo przed zasadą praworządności.

Mam takie przeświadczenie, że po takich zmianach w klubie zostaliby tylko koledzy ogra.

W końcu demokracja to też pewne samoograniczenie władzy – trafnie ujął to Willy Brandt – demokracja nie powinna iść tak daleko, żeby w rodzinie większością głosów decydować, kto jest ojcem.