mec. Łukasz Płaza: Mój mały kabriolet

(fot. archiwum)

Stało się. Mam to. W końcu doczekałem się oczekiwanego. Kryzys wieku średniego. Eksplodował w feerii wiosennych barw, wybuchu radości i wręcz groteskowego uśmiechu na twarzy.

Okazuje się, że potrzebowałem tak mało i zarazem tak dużo. Dwa dni spędzone z bratem i jego małym sportowym kabrioletem. W sumie bardziej z kabrioletem. Nagle okazało się, że wyjazd do sklepu oddalonego o 600 metrów wiązał się z dwugodzinną wyprawą małym objazdem przez Górę Kalwarię i Piaseczno. I przysłowiowy banan nieschodzący z twarzy. I śmiech, gdy człowiek na skrzyżowaniu pyta, za ile sprzedamy mu auto. Wszystko nabiera nadzwyczajnych, soczystych barw. I tak naprawdę wystarczyło do tego coś tak prostego jak weekendowa jazda z wiatrem we włosach lub, jak w moim przypadku, muskającym łysinę. Nagle człowiek jest jakiś odmieniony. Błaha przejażdżka i jestem innym człowiekiem. Bardziej zdystansowanym i wewnętrznie rozradowanym.

I tylko czasem zza szyby rodzinnego kombi błyśnie smutne i jednocześnie pełne zazdrości spojrzenie mężczyzny w wieku średnim. Potępienie i zazdrość w jednym błysku oka. A przecież każdy z nas może znaleźć ujście swoich kryzysowych napięć. Często proste, czasem trudniejsze, ale prawie zawsze podszyte nutką dekadencji i irracjonalności, tu nie ma pomysłów niepraktycznych lub głupich.

Zatem nic, tylko apelować do naszych kobiet i głosów zdrowego rozsądku – pozwólcie nam czasem zrobić coś irracjonalnego – opłaci się. Czym jest używany przez trzy miesiące w roku, i to tylko w co drugi weekend, niepraktyczny, dwuosobowy samochodzik wobec wiecznego szczęścia waszego partnera?

PS. Zbieram na mały sportowy kabriolet.