mec. Łukasz Płaza: Toruńska szkoła negocjacji

(fot. archiwum)

W mojej młodości Kazik Staszewski śpiewał „polityka to tarzanie się w błocie i każdy się musi ubrudzić”. I na naszych oczach wielka „brudna” polityka wdarła się w nasze sąsiedztwo. Nagle okazuje się, że każde zdanie, każdą sytuację można przedstawić inaczej i zapomnieć o własnych deklaracjach. 

Gdy angażowałem się w sprawę Winnicy i jej mieszkańców, nie obiecywałem im cudów. Chciałem doprowadzić do rzeczy wydawałoby się banalnej – rozmowy z przedstawicielami Ratusza. Tłumaczyłem, że najgorsze co można uczynić naszym sąsiadom, to pozostawiać ich w totalnej niepewności jutra. Wraz z mieszkańcami oczekiwaliśmy merytorycznych jasnych rozmów – z konkretnymi propozycjami, terminami. Również umożliwieniem pozostania części rodzin na ich „ojcowiźnie”. Każda rodzina oczekiwania miała inne, część chętnie skorzysta z propozycji Ratusza. Jednakże dotychczasowe doświadczenia łączył wspólny czynnik: wiarołomstwo urzędników i niepewność jutra.

Deklaracje rozmów i spotkań padały zawsze, gdy tylko pojawiały się media – na sesji Rady Miasta, spotkaniu z Piotrem Ikonowiczem, w komunikatach Ratusza. Później zapadała długa krępująca cisza, przerywana tylko oświadczeniami do mediów, że rozmowy trwają. I było jak w niemej komedii, bo im bardziej bym szukał na Winnicy przedstawicieli Ratusza, tym bardziej ich tam nie było.

I nagle stało się – przybyli i… Zaczęli wręczać wypowiedzenia umów dzierżawy. Twierdząc nawet, że część osób je przyjęła, tak jakby odebranie druczku wypowiedzenia było jednoznaczne z akceptacją wypowiedzenia. I naprawdę wiem, co piszę, bo specjalnie pierwszego dnia „Operacji W” pojechałem zobaczyć „negocjacje po toruńsku”.

W uszach dźwięczą słowa prezydenta Michała Zaleskiego, że każdy przypadek mieszkańca będzie traktowany indywidualnie i będą prowadzone rozmowy. I oto są w postaci identycznych 41 kopii dwóch kartek papieru. Bo szczerość w naszym klubie to norma…