mec. Łukasz Płaza: Zakaz jak nie zakaz

(fot. archiwum)

Tegoroczna aura w majówkę nas nie rozpieściła. Jednakże spragnieni wypoczynku rodacy tłumnie wylegli do barków i na bulwary.

Nieodzownym elementem majówki jest jasne pełne z pianką, wypite pod chmurką. Oczywiście większość z nas ma świadomość zakazu picia w miejscach publicznych. Rygorystycznie przestrzegany w naszym kraju ostatnio doznał pewnego wyłomu, gdy wymiar sprawiedliwości stanął na stanowisku, że warszawskie bulwary nadwiślane nie są ulicą, zatem możliwe jest legalne delektowanie się złotym trunkiem.

Tymczasem u naszych południowych sąsiadów w ogóle nie ma ograniczeń w tym zakresie. Wychodząc z założenia, że obywatele są rozsądni, pozwolono im nie tylko na spożywanie alkoholu w miejscach publicznych, ale nawet nie wprowadzono koncesji na sprzedaż alkoholu. W efekcie ilość małych sklepików czy knajpeczek w Pradze jest olbrzymia. Zmęczony zwiedzaniem turysta, w zasadzie na każdym kroku może albo przysiąść w ogródku albo wyposażyć się w schłodzoną butelkę na wynos. Co ciekawe, w konsekwencji czeskie ulice nie są zapełnione nietrzeźwymi Czechami.

Za to nieodmiennie zadziwia mnie nasze zamiłowanie do tworzenia fikcji. Każdy, kto choć raz siedział na toruńskich bulwarach widział sprawnie działający „system wczesnego ostrzegania”. Gdy nagle pojawia się ryzyko otrzymania mandatu, wzdłuż bulwaru przemieszcza się obywatel żywotnie zainteresowany otrzymaniem pustego opakowania zwrotnego i informuje, że należy ukryć butelki. Nie wspominając o samych funkcjonariuszach, którzy wypisując mandat sugerują, w których miejscach nie ma kamer i częstych wizyt patroli.

W konsekwencji kultywujemy naszą tradycję zakazów, które następnie traktujemy po macoszemu. Lubimy, gdy zakaz jest, ale tylko tak trochę, albo zakaz, ale taki dla innych czy zakaz, który w zasadzie obowiązuje, ale tak naprawdę to nie.